Adam Doboszyński: Ekonomia krwi

Adam Doboszyński: Ekonomia krwi

(napisane w 1943 r.)

Albo — albo.

Albo Niemcy utrzymają wojska sowieckie na wschód od naszych granic i załamią się militarnie w chwili, gdy będą jeszcze okupowały całość ziem Rzeczypospolitej. Wówczas położenie będzie jasne: armia krajowa opanuje zbrojnie Kraj i polskie władze cywilne obejmą nad nim rządy.

Daj Boże, by taki był obrót rzeczy. Dla dobra Polski i dla pokoju świata.

Albo — w pościgu za cofającymi się Niemcami wojska sowieckie przekroczą Zbrucz. Nie wolno nam zamykać oczu na przeraźliwą prawdę, że grozi nam wówczas z dużym prawdopodobieństwem, zajęcie nie tylko Ziem Wschodnich, ale całej Polski wraz z wszelkimi tego zajęcia konsekwencjami: armią Berlinga, komisarskim rządem Drobnera i Kornijczukowej, sierpem i młotem na Wawelu, »demokratycznymi« wyborami i plebiscytem, N.K.W.D., łagrami i 17-tą republiką.

Ten wypadek określono niedawno w jednej z emigracyjnych publikacji słowami: finis Poloniae. Podobnie niesłusznie jak byłyby te słowa w ustach Kościuszki pod Maciejowicami (który ich zresztą nie wypowiedział), byłyby i dziś. Skończyć się może tylko naród schorzały i zgangrenowany. Naród polski, zdemoralizowany wprawdzie w swej obecnej grupie kierowniczej, lecz zdrowy w swej masie, przetrwa w przyszłości każdy kataklizm, podobnie jak przetrwał półtora wieku rozbiorów. Poczynając od połowy XVIII wieku z każdego pokolenia Polaków najlepsi wędrowali na Sybir, a jednak Naród przetrwał i w r. 1920 zwyciężył pod Warszawą.

O »wojnę ludów« modlił się Mickiewicz. Tylko ona, wówczas jak i dziś, wyłonić może gmach Rzeczypospolitej i pognębić grożące nam z Zachodu i Wschodu zaborcze kolosy. Ale wówczas, gdy całe pokolenia Polaków modliły się o tę wojnę bezskutecznie, my jesteśmy w położeniu szczęśliwszym: wojna ludów toczy się. Zaczęła się od sojuszu naszych dwu zaborców; w jej drugiej fazie zaborcy ci rzucili się na siebie; w trzeciej fazie, gdyby nawet Rosja miała rozgromić Niemców i okupować Polskę, konflikt nie skończy się, gdyż cień jej padnie na cały świat i jej złowrogie podkopy zaatakują rychło cały gmach zachodniej cywilizacji. Wierzymy niezłomnie, że w takim wypadku świat zachodni będzie musiał stanąć do rozprawy z Moskwą i że na rozprawę tę czekać będziemy niedługo. Ostatnią konferencję w Moskwie porównano trafnie do konferencji monachijskiej z r. 1938; wracających z Monachium Chamberlaina i Daladiera witano entuzjastycznie jako tych, którzy uratowali pokój na długie lata…

    

Jakaż więc w tej chwili powinna być linia postępowania Narodu polskiego?

Naczelnym naszym zawołaniem powinna dziś być ekonomia krwi (której tak mądry przykład dają nam w obecnej wojnie Brytyjczycy). Jeśli Naród nasz wyłoni się w dobrej kondycji z tej strasznej konwulsji dziejowej, czeka go wielka przyszłość. Jeśli się skrwawi powyżej dopuszczalnej granicy, braknie mu sił do odbudowy niepodległego bytu.

Zauważmy: wszystkie agentury pchają nas dziś do przelewu polskiej krwi. Najgorliwszymi zwolennikami powstania w Polsce (t.j. akcji zbrojnej zanim potęga militarna Niemiec nie będzie ostatecznie złamana) są dziś komuniści oraz najciemniejsi doradcy po pokątnych zakamarkach naszej londyńskiej machiny państwowej. Rozważając jednak  sprawę z punktu widzenia polskiej racji stanu, powstanie, czy przeciw nie złamanym jeszcze militarnie Niemcom czy przeciw wkraczającej zbrojnie na ziemie polskie  Rosji, byłoby dziś posunięciem samobójczym. Potrzebne były może powstania za czasów rozbiorowych, by Naród nie rozłożył się w niewoli. Warto może było poświecić na ten cel w każdym pokoleniu kilkadziesiąt tysięcy żyć ludzkich. Ale dziś położenie nasze przedstawia się inaczej; po hekatombie września 1939, po czterech latach podziemnego oporu, po łagrach niemieckich i sowieckich, Naród nie potrzebuje podniety do patriotyzmu. Wysuwany bywa argument, że powstanie, czy przeciw jednemu czy drugiemu zaborcy, potrzebne byłoby dla celów propagandy, dla zamanifestowania wobec świata naszych praw i naszej woli do niepodległego bytu. Nie uważamy argumentu tego za trafny; nasze zamiłowanie do wolności znane jest światu dostatecznie; przeciw Niemcom walczyliśmy we wrześniu 1939 sami i pierwsi, natomiast ewentualne powstanie przeciw najeźdźcy ze Wschodu wygrałyby propagandowo Sowiety, których aparat propagandy działa o ileż sprawniej od naszego. Wmówiłoby się Zachodowi, że to ręce Ukraińców i Białorusinów, a na zachód od Sanu i Bugu ręce polskiego proletariatu, zdławiły powstanie »oficerów« i »obszarników«. Propagandowe zwycięstwo Sowietów w sprawie katyńskiej niech będzie dla nas nauką i przestrogą. Z powstaniem czy bez powstania, całość naszych ziem odzyskamy dopiero w razie wielkiego osłabienia Rosji w zapasach z Niemcami, względnie po pobiciu Rosji przez świat zachodni; żadne krwawe gesty przedsiębrane przedwcześnie nic nam tu nie pomogą. Wręcz przeciwnie powstanie, likwidujące ostatecznie element przywódczy Narodu, może uniemożliwić późniejsze wykorzystanie pomyślnego dla nas obrotu wypadków.

Widząc rosnący w społeczeństwie polskim opór przeciw idei powstania, lansuje się dziś z pewnych stron pojęcie »samoobrony«. Wypadki tej samoobrony w stosunku do Niemców należą od kwietnia br. do zdarzeń codziennych. Trudno patrząc z wyspy brytyjskiej ocenić dziś, o ile się one opłacają w rozrachunku obustronnie przelanej krwi. O ile jednak samoobrona w stosunku do przegrywających wojnę Niemców może mieć w pewnych okolicznościach sens i cel, o tyle samoobrona w stosunku do okupujących Polskę na dłuższy (choćby nawet tylko kilkomiesięczny) okres Sowietów w żadnym razie opłacić się nie może.

Taką okupację, po doświadczeniach lat 1917/20 i 1939/41, społeczeństwo nasze przyjąć może w jednej tylko możliwej postawie: przetrwania.

W związku z tym nasuwa się pytanie: czy ludzie, przewodzący dotychczas oporowi zbrojnemu przeciw Niemcom, mieliby zostać w Kraju i przewodzić nadal akcji przetrwania pod Sowietami? Co jest bardziej wskazane: czy ewakuacja wszystkich aktywnych elementów, czy też ich trwanie w Kraju?

Rzecz tę rozstrzygnąć musi Kraj, w którym szeroko się już dzisiaj o tym dyskutuje, ale czas postawić to pytanie publicznie i na emigracji, by udaremnić grę czynników, które chcąc dalej osłabić Naród polski będą próbowały ewakuację udaremnić. Rząd londyński może ewakuacji decydująco pomóc odpowiednimi zabiegami u Mocarstw Sprzymierzonych i naszych sąsiadów. Stawiamy sprawę jasno i otwarcie: przygotowanie ewakuacji wszystkich czynników zaangażowanych dotychczas w walce podziemnej, jak również wszystkich elementów społecznych, dla których okupacja sowiecka stanowiłaby automatycznie wyrok zagłady, stanowić dziś powinno jedno z głównych zadań naszego Rządu.

Powtarzamy raz jeszcze: daj Boże, by do tego nie doszło, ale przygotować się na to trzeba. Nie obawiamy się, że ewakuacja taka pozostawiłaby masy Narodu bez kierownictwa; do trwania trzeba by innego typu elementów przywódczych niż do działania. Elementy tego drugiego, aktywnego typu, powinny by opuścić ziemię polską, by ratować życie zagrożone bezapelacyjnie i bezpożytecznie w razie okupacji Kraju przez Sowiety. Nowe zespoły kierownicze — do trwania — wyłoniłyby się rychło same.

Daj Boże, by nie doszło do tej ewakuacji. Daj Boże, byśmy wrócili zaraz po klęsce Niemiec do wolnego Kraju. Możliwość ta nie jest jeszcze bynajmniej wykluczona. Losy nasze rozgrywają się dziś pod Kijowem i Mińskiem. Ale nie wolno nam — przez tchórzostwo czy lenistwo — nie przygotować się na najgorsze.

Po długiej przerwie w niepodległym bycie, Naród nasz powoli dojrzewa do kierowania własnymi losami. W czasie obecnej wojny zdaliśmy egzamin wcale nieźle; mimo zainteresowanej propagandy, głoszącej urbi et orbi o naszej rzekomej kłótliwości, daliśmy przykład zgody narodowej, z którym żaden inny z okupowanych narodów równać się nie może. W tej najcięższej chwili złóżmy jeszcze dowód umiejętności, cechującej bardzo tylko dojrzałe narody — dowiedźmy, że stać nas na oszczędną gospodarkę żywą substancją Narodu; obok rządu dusz pamiętajmy i o ekonomii krwi.

(napisane po Powstaniu Warszawskim)

Kompleks pawia, podobnie jak kompleks Mesjasza, rozrósł się u nas ostatnio do rozmiarów zupełnie samobójczych; popełniamy gesty bohaterskie, kosztujące nas dużo w przekonaniu, że podnoszą nas one w oczach zagranicy; nie rozumiemy, że dzieje się wręcz odwrotnie. Najtragiczniejszym przykładem takiego nieporozumienia jest oddźwięk zagranicą powstania warszawskiego z r. 1944. We wszystkich dyskusjach na temat powstania w Londynie jako główną korzyść z niego wysuwa się nadal pozytywny rzekomo oddźwięk na Zachodzie. Otóż nie, po stokroć nie! Byłem w czasie powstania w Londynie i będę to powtarzał do końca życia, że powstanie i ogrom jego ofiary zaszkodziły nam w opinii świata, a nie pomogły.

Przez pierwsze dwa dni powstania Anglicy zastanawiali się nad jego celowością, a poczynając od dnia trzeciego taktowniejsi wśród nich przestali w ogóle rozmawiać na ten temat z Polakami. Nie mówi się z nikim o siostrze, choćby najcnotliwszej i urodziwej, która w przystępie nagłego obłędu wyskoczyła z piątego pietra, ani o szwagrze, który rozdarował ubogim zawartość swego przedsiębiorstwa i poszedł do więzienia za złośliwe bankructwo. Ludziom trzeźwym nie każe się podziwiać lunatyków, zjadacze chleba sceptycznie odnoszą się do świętych, szczególnie jeśli ich świętość wydaje się nie zapominać o efektach zewnętrznych, Nie tylko bowiem wśród ludzi zwykło się mówić o kimś, że czyni coś dla blichtru; i w gronie narodów kompleks pawia nie przechodzi niezauważony i odczuwany jest jako swoisty szantaż. „Jeśli po to zwiększasz niepotrzebnie swe cierpienia, by mnie zmusić do współczucia”, myśli jeden naród o drugim, „to ja właśnie na złość współczuć ci nie będę”. Podobnie drażniąco działa naród, roztaczający ostentacyjnie swe cnoty. Obie strony pawiego ogona maja te właściwość, że równie szybko się opatrują. I nawet trudno tu o pociechę, że to świat jest nikczemny a słuszność jest po naszej stronie, boć nawet wśród ludzi zdrowych moralnie przywykło się uważać, że rzetelne cnoty mówią same za siebie i reklamy nie potrzebują, a cierpienia zasługują na współczucie tylko pod warunkiem, że nie są rozmyślne.

I u nas przyczyniłoby się wielce do uzdrowienia naszego życia narodowego postawienie przed Trybunał Stanu sprawców powstania warszawskiego (formalnych i rzeczywistych). Żądanie takiego procesu słyszy się coraz częściej, w miarę jak zaczynają wychodzić na jaw złowieszcze kulisy tej wielkiej narodowej tragedii. Proces taki pozwoliłby unaocznić, na żywym przykładzie, metody, jakimi obce agentury grają na naszych kompleksach.

Adam Doboszyński

Studia Polityczne. Na uchodźstwie, 1947 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *