Klęska bierności w tęczowych oparach

Klęska bierności w tęczowych oparach

W ostatnim czasie jesteśmy świadkami przyspieszania rewolucji światopoglądowej. Sceny, które do niedawna znaliśmy tylko z przekazów medialnych z Zachodu, zaczynają się przenosić na nasz grunt. Wydaje się, że czasy, kiedy np. ataki feministek na kościoły oglądaliśmy tylko na filmikach z Argentyny, minęły bezpowrotnie. Przyzwyczailiśmy się do Polski, w której zwierzęca agresja wobec wiary czy dziedzictwa narodowego była urbanowskim folklorem, może i denerwującym, ale niespecjalne groźnym. Większość z nas, po tym bolesnym wytrąceniu z hibernacji, czuje się jak dziecko w tęczowej mgle.

Fale rewolucji i kontrrewolucji

Lewacki wulkan drzemał w Polsce długo. Na przełomie XX i XXI w. raz po raz wydawał groźne pomruki i gdy zdawało się, że po wejściu naszego kraju do Unii Europejskiej w końcu eksploduje, jego erupcję opóźniła śmierć Jana Pawła II. Żałoba narodowa ostudziła nieco rewolucyjne zapędy, okazała się być jednak tylko emocjonalnym porywem, który nie przełożył się na rzeczywistość. Już pięć lat później pojawiła się iskra, która na nowo rozpaliła lewacki ogień. Protest przeciwko krzyżowi na Krakowskim Przedmieściu uruchomił zjawiska takie jak Ruch Palikota czy wicemarszałek Sejmu w osobie Anny Grodzkiej. Środowiskom lewicowym wydawało się, że okrzepły i zdobywają rząd dusz. Poczciwy Newton znów okazał się jednak geniuszem. Akcja neobolszewii wywołała reakcję w postaci mody na patriotyzm. Marsze Niepodległości i wszystkie inne, większe i mniejsze manifestacje, koszulki z Żołnierzami Wyklętymi, patriotyczne koncerty, rozwój organizacji narodowych – to tylko niektóre zjawiska jakie sprawiły, że wielu lewicowców stanęło jak wrytych. Patriotyczny balon pompowany był coraz bardziej, a kulminacyjnym momentem okazał się rok 2015 i liczne demonstracje antyimigranckie. To na plecach ich uczestników doszedł do władcy PiS. I zaraz potem z biało-czerwonego balonika uszło powietrze. Wielu patriotów zmęczonych kilkuletnią walką uznało, że system jest obalony. No, może PiS nie jest opcją idealną, ale zawsze to coś. Z grubsza można uznać, że wygraliśmy – pomyśleli i rozeszli się.

Coś to komuś przypomina? Oczywiście, podobnie działo się z lewicą parę lat wcześniej. I tutaj na reakcję nie trzeba było długo czekać. Może w Sejmie neobolszewia nie ma aż tak dużego przebicia, wszak Prawo i Sprawiedliwość rządzi samodzielnie. Czego jednak nie dało zrobić się od góry, zrobiono od dołu. Lewica wykorzystała słabnący zapał patriotów i mocno wryła się w społeczeństwo ze swoją wywrotową agendą.

Bierność mogiłą wielkości

Ktoś może za to obwiniać PiS. Owszem, zabrakło tu zdecydowanej reakcji ze strony partii rządzącej. Gdyby PiS było tak zdecydowane w zwalczaniu „elgiebetów” i im podobnych, jak PO była w stosunku do narodowców czy kibiców, po tęczowej zawierusze niewiele by zostało. Partia Kaczyńskiego sama wychowała sobie ruch LGBT, czy to z obawy przed grożącym palcem Unii, czy to po to, aby móc łatwo wyszukiwać tematy zastępcze. Nie można jednak przerzucać całej winy na rząd. Wszak ktoś takich, a nie innych polityków wybrał. Lewica zaczęła zdobywać kolejne przyczółki, dlatego że my jej na to pozwoliliśmy.

Każdy z nas jest dzieckiem swoich czasów. Każdy w jakimś stopniu jest podatny na wpływy kultury masowej, przez które przebija się rewolucja światopoglądowa. Wystarczy tylko popatrzeć na to, czym interesuje się większość Polaków, jak spędza czas, co ogląda, kogo słucha. Nawet jeśli Polacy w swej masie nie popierają postulatów ruchu LGBT, to jednak widać, że w neoliberalnym sosie jest im dobrze. Może skrajności uznają jeszcze za złe, ale ogólnie, to nie widzą większego problemu. Przy takiej postawie nietrudno, aby znalazła się grupka, która pójdzie za skrajnościami. Przy bierności reszty ta grupka zacznie się powiększać i robić coraz bardziej radykalna.

Niestety, rolę w doprowadzeniu do tej sytuacji odegrał Kościół. Nie chodzi tu nawet o popieranie wprost sodomskich postulatów, bo takich księży, na szczęście, w Polsce prawie nie ma. Kościołowi brakuje jednak tego, co go przez wieki wyróżniało na tle świata, a mianowicie nadprzyrodzoności. W ostatnich dziesięcioleciach hierarchowie wychodzą z absurdalnego założenia, że Kościół i świat mają te same cele. Co za tym idzie, postulaty, które same w sobie mogą być dobre, głoszą oni tylko w odniesieniu do doczesności. Z oficjalnego dyskursu Kościoła znikła troska o zbawienie duszy, znika majestat Boży, znika szatan i kara za grzechy, znika konieczność odnowy moralnej i wyrzeczenia. Ich miejsce zajmują mętnie rozumiane wolność, godność, szacunek, prawa człowieka i ochrona środowiska. Czyli mniej więcej to samo, co głosi świat. To zrozumiałe, że w takiej sytuacji za Kościołem pójdzie niewielu.

Zacząć walkę od siebie

Co więc możemy z tym wszystkim zrobić? Po pierwsze, pamiętać, że organizacja życia społecznego (w tym instytucje państwowe) i rodzinnego mają znaczenie nie tylko doczesne. To wszystko istnieje po to, aby łatwiej było nam dążyć do zbawienia. Łaska bowiem buduje na naturze. Jeśli więc sprzeciwiamy się postulatom sodomitów, to nie dlatego, że nam się one nie podobają, ale dlatego, że ich realizacja byłaby przeciwna woli Bożej i doprowadziłaby do zatracenia wielu dusz. Zatem pierwszym etapem walki z rewolucją jest stan łaski uświęcającej i chęć osiągnięcia królestwa Bożego przez siebie i innych. Bez tego nasze zmaganie będzie budowaniem domu na piasku.

Druga rzecz, to, jak pisze św. Jakub, „zachowanie siebie nieskalanym od wpływów świata”. Oczywiście, nie chodzi o to, aby uciec do pustelni i zerwać wszelki kontakt ze współczesnością. Jednak jeśli coś nosi jakieś znamiona otaczającej nas degrengolady, należy to stanowczo odrzucić. Warto zwrócić szczególnie uwagę na to, po jakie treści sięgamy w mediach i czy sami nie nasiąkamy demoliberalną pleśnią.

Po trzecie, istotne jest realizowanie tych dwóch punktów w stosunku do ludzi, na których mamy wpływ. Mowa tu przede wszystkim o osobach, które mają dzieci. Jeśli bowiem młode pokolenie nie znajdzie wzoru do naśladowania w rodzicach, to znajdzie je w Internecie. I raczej nie będzie to Pilecki czy św. Maksymilian Kolbe, ale Margot lub George Floyd. Podobna odpowiedzialność, choć w nieco innym zakresie, leży na nauczycielach czy przełożonych w organizacjach społecznych.

Załamywanie rąk czy zgrzytanie zębami nad obecną degrengoladą nic nie pomoże. Walkę z tym zjawiskiem trzeba zacząć od walki ze swoimi słabościami i wyrywaniem postępackich chwastów, które zdążyły się w nas zakorzenić. Nie będzie bowiem ratunku dla Polski, bez ratunku dla dusz.

Filip Bator

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *