Negatywne aspekty przemian społeczno-kulturowych w Polsce w latach 1989–2019

Negatywne aspekty przemian społeczno-kulturowych w Polsce w latach 1989–2019

          W środowisku narodowym ocena PRL-u jest co do zasady negatywna. Nie powinno to budzić większego zdziwienia. Są oczywiście reprezentanci lewicy narodowej, odwołujący się m.in. do tradycji PAX-u i „Grunwaldu”, prezentujący swoje poglądy na łamach, przykładowo, „Myśli Polskiej”, którzy bronią dziedzictwa Polski Ludowej[1], jednak gdybyśmy spojrzeli na mainstream polskiego nacjonalizmu, to PRL jest jednoznacznie krytykowany. Z krytyką spotyka się również ocena Okrągłego Stołu, ale nie z uwagi na przemiany społeczno-obyczajowe, jakie nastały po 1989 roku, a ze względu na polityczny kompromis (określany wręcz mianem zdrady), który zawarło lewicowe skrzydło opozycji z PZPR. Czy właśnie to było w tym wszystkim najgorsze?

Osobiście nie zamierzam być oryginalnym na siłę i deklarować, że wolałbym żyć w PRL-u niż w III RP, gdyż byłaby to deklaracja nieprawdziwa – zdaję sobie sprawę z tego, że kilka znajomych mi osób, wyznających pogląd przedziwny, tekst ten przeczyta i zarzuci mi liberalizm, niemniej jednak powszechny dostęp do podstawowych dóbr oraz fakt, że służby specjalne nie mordują księży, za to państwo polskie poszukuje grobów pomordowanych przez UB żołnierzy wyklętych, uważam za dość poważne argumenty za stwierdzeniem, iż Polska demokratyczna jest sympatyczniejszym miejscem do życia od Polski komunistycznej. Nie zmienia to jednak faktu, że w ciągu ostatnich 30 lat mogliśmy zaobserwować na własne oczy szereg negatywnych przemian społecznych.

Upadek życia religijnego w Polsce

          Stwierdzenie, że stan polskiego życia religijnego jest kiepski, to stwierdzenie nieprawdziwe – sytuacja jest dramatycznie zła. Z oczywistych względów odwołam się w tym miejscu do sytuacji Kościoła rzymskokatolickiego – katolicyzm jest bowiem istotnym elementem tożsamości narodowej oraz religią, którą według utartego schematu wyznaje „90% Polaków”.

          Najbardziej znanym wskaźnikiem są oczywiście coroczne badania dominicantes (uczestników mszy świętych) i communicantes (przystępujących do Komunii świętej), prowadzone przez Kościół od roku 1980. I tak oto w 1980 roku liczba dominicantes wynosiła 51% i na poziomie ok. 50% utrzymywała się do 1990 roku (rekord uzyskując w 1982 roku – 57%, co mogło być związane z wprowadzeniem stanu wojennego i traktowaniem Kościoła w kategorii ucieczki od realiów reżimu WRON, z kolei w latach 1988 i 1989 uzyskując odpowiednio 48,7% i 46,7%). Od 1990 roku (50,3%) liczba wiernych zaczęła powoli, acz jednoznacznie spadać. W 2008 roku po raz pierwszy wskaźnik ten wyniósł 40%. Aktualnie powoli, acz konsekwentnie spada on poniżej tej liczby i w 2018 roku wyniósł 38,2%. Jakkolwiek jednocześnie wzrasta liczba osób przyjmujących Najświętszy Sakrament, to oznacza to nie tyle wzrost pobożności u Polaków, co pozostanie na mszach tych, którym najbardziej na pełnym uczestnictwie zależy. Pamiętam, że w latach 90. (autor tekstu to rocznik 1993) kościelne ławki zawsze były zajęte – dziś można miejsce sobie swobodnie wybierać. Nie ma też co się oszukiwać – oczywiście, niektóre msze święte w znanych kościołach w dużych miastach (np. późnowieczorne) wiążą się z dużą frekwencją wiernych, ale wystarczy przejść się do mniejszej świątyni na godzinę 18, by zobaczyć stosunkowo niewielką liczbę wiernych.

          Spada też zainteresowanie pielgrzymkami na Jasną Górę. Oczywiście, można szukać argumentów przeciwnych, mówiących o tym, że częstochowski klasztor odwiedzany jest na inne sposoby, że polscy katolicy zaczęli pielgrzymować do innych miejsc świętych, fakty są jednak nieubłagane – w ciągu dwóch dekad liczba katolików, którzy pielgrzymują do Matki Bożej, spadła aż o 1/4.

          Niedługo (tekst pisany w marcu 2020 r. – M.Sz.) Polska obchodzić będzie 15. rocznicę śmierci Jana Pawła II (2 kwietnia) oraz 100. rocznicę urodzin papieża-Polaka (18 maja). Piętnaście lat temu, gdy Karol Wojtyła umierał, mówiono o fenomenie „pokolenia JP2”. Dziś nie widać po nim śladu. Nie zamierzam tutaj pomstować na fakt, że na stosunkowo trudno dostępnych i (wiele lat temu) mało znanych stronach internetowych użytkownicy wrzucali memy o Janie Pawle II. Jednakże ich popularyzacja i wręcz przyswojenie przez kulturę popularną, traktowanie Karola Wojtyły nie jako jednego z najwybitniejszych Polaków w historii naszego narodu, lecz osoby, którą można opluć i oskarżyć o najróżniejsze obrzydliwe czyny, świadczą dobitnie o tym, że doszło do ogromnej zmiany społecznej. Zmiany, o której komuniści w PRL-u mogli tylko marzyć.

          Tu wreszcie pojawia się stosunkowo niedawna smutna statystyka, wskazująca na to, że polska młodzież jest najbardziej laicyzującą się młodzieżą… na świecie. Tak jest, polska młodzież odrzuciła życie religijne.

Wolność słowa oraz przemiany obyczajowo-seksualne

          W Polsce w wyniku transformacji ustrojowej zniesiona została cenzura. Dziś jednak znowu ją obserwujemy. W nauce prawa konstytucyjnego istnieje takie określenie jak „efekt mrożący”. W ten sposób określamy zjawisko polegające na tym, że jednostka nie chce korzystać z przysługujących jej praw i wolności obywatelskich, gdyż boi się ich negatywnych konsekwencji.

          Ostatnimi czasy wracam sobie do starych seriali – a to z lat 90. XX wieku, a to z pierwszych lat 2000. Ponieważ nie chcę, by ktoś posądził mnie o plagiat (inna rzecz, że najwyraźniej naszło nas w podobnym czasie na podobne refleksje), pozwolę sobie zarekomendować artykuł Grzegorza Ćwika, który w miesięczniku „Szturm” poczynił niedawno rozważania związane są z produkcjami telewizyjnymi z tego okresu. Co mnie uderzyło, oglądając takie seriale jak chociażby „13. Posterunek”, ukochanego przeze mnie „Pitbulla” (młodszym Czytelnikom wyjaśniam – Patryk Vega kiedyś nakręcił serial o takim tytule – poza nim niemal nic go nie łączy z późniejszymi filmami Vegi) czy „Oficera” z Borysem Szycem? To, że gdyby dziś takie seriale ktoś próbował wyprodukować, środowisko LGBT rozpoczęłoby istną krucjatę przeciwko jego autorom. Żarty z homoseksualizmu bądź negatywne nastawienie bohaterów do takiego zjawiska są tam wszechobecne. Nikt nie bawi się też w sformułowania typu „LGBT+” – w tamtych produkcjach pedał to pedał.

          Kilkanaście lat temu, kiedy próbowano organizować pierwsze marsze równości, spotykało się to ze społecznym oburzeniem. Pierwsze parady w Krakowie wiązały się z zamieszkami – społeczeństwo było wściekłe, że takowe manifestacje próbują przejść przez polskie miasta, a w szczególności przez Kraków. Dziś obserwujemy bardzo niebezpieczny trend polegający na tym, że nawet centroprawica nieśmiało próbuje godzić się na pewne postulaty forsowane przez lobby LGBT. Statystyki społeczne nie nastrajają optymizmem – Polacy powoli zaczynają przystawać na taki stan rzeczy.

          Na polskich uczelniach pojawiają się zajęcia z teorii gender i queer. Prym wiedzie w tym Uniwersytet Warszawski, gdzie tego typu przedmioty wykładane są z podobną ekscytacją co niegdyś zajęcia z marksizmu-leninizmu. Za prawicowe poglądy można mieć na uczelniach poważne problemy, czego dowodzi sprawa jednego z redaktorów „Polityki Narodowej”. Do Polski dotarły wszystkie wynalazki roku 1968.

          Problem leży jednak nie tylko w środowisku LGBT. Wszechobecne „panie z parasolkami”, które pojawiły się kilka lat temu na ulicach dużych miast, nie miałyby pracy, gdyby nie było zainteresowania ich miejscami pracy. Może Polska nie jest jeszcze drugą Holandią, ale obserwujemy znaczące poluzowanie obyczajów w zakresie etyki seksualnej. Widać to również po obniżającym się wieku inicjacji seksualnej wśród polskiej młodzieży, podejściu do seksu przedmałżeńskiego czy powszechności pornografii (co, rzecz jasna, związane jest także z jej dostępnością w internecie). Możemy sobie tylko wyobrażać, gdzie nas to zaprowadzi. Bo przecież, jak pisał Brzozowski, „w historii naprawdę twórczymi stają się tylko te warstwy i grupy, które posiadają stanowczą i silną moralność płciową”.

          Osłabienie pozycji rodziny widać także po liczbie rozwodów w Polsce. W 1950 roku było ich 11 tys., a w 1960 – niecałe 15 tys. Dekadę później liczba ta zwiększyła się do niemal 20 tys. W latach 90. rozwodziło się rocznie nieco ponad 40 tys. Polaków, a wraz z nastaniem XXI wieku liczba ta wyniosła 45 tys. i w ciągu kilku lat poszybowała w górę, w okolice 65 tys. rozwodów na rok. Liczba ta utrzymuje się do dnia dzisiejszego (najbardziej katastrofalny był rok 2007 z liczbą niemal 72 tys. rozwodów w ciągu roku).

          Obserwujemy również zapaść demograficzną. W 1989 roku dzietność wynosiła 2,063. Nie był to dobry wynik, jednak nieporównywalnie lepszy od dzisiejszego. Od 1990 roku dzietność wynosi poniżej 2,0 i regularnie spadała, osiągając w 2002 roku dramatyczny wynik 1,22. Dziś wynosi on 1,435 i odnotować można w ostatnich latach minimalną poprawę tej sytuacji – ale jedynie minimalną. Według badań francuskiego Narodowego Instytutu Studiów Demograficznych Polska w 2019 roku znalazła się na 190. miejscu pośród 208 badanych państw. Przerażającym jest fakt, że w państwach takich Syria, ogarniętych wojną, rodzą się dzieci, a w Polsce nie.

Indywidualizm i atomizacja życia społecznego

          Zjawisko nadzwyczaj przykre, ale bardzo prawdziwe. Ilu z was zna swoich sąsiadów? Jak często ich odwiedzacie?

Wielu z nas żyje w dużych miastach i często się przeprowadza. Według mojej szybkiej kalkulacji od 2012 roku, tj. roku, gdy wyjechałem na studia, mieszkałem w sześciu różnych miejscach. Myślę, że w tak częstych zmianach lokum nie jestem odosobniony. Związane jest to z szeregiem czynników, które łączą się z życiem w realiach wielkiego miasta oraz gospodarki kapitalistycznej.

          Tradycyjna więź sąsiedzka zamarła. Oczywiście, zdarza się spotkać sąsiada w windzie, ale czy jestem w stanie o nim cokolwiek powiedzieć? Czy byłem kiedykolwiek u niego w odwiedzinach bądź on u mnie? W dzisiejszych czasach ludzie, także w Polsce, izolują się od siebie, uciekają w przestrzeń wirtualną i zaprzestają podtrzymywania tradycyjnych więzi społecznych, w tym więzi sąsiedzkiej. Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że „za komuny było lepiej”, jednak w latach 90. czy na początku 2000. o wiele więcej wiedziałem o ludziach żyjących w tym samym budynku niż wiem współcześnie. Pewnym symbolem naszej alienacji są też przykre widoki niszczejących placów zabaw – dzieci z sąsiedztwa nie chadzają się wspólnie bawić, wolą zapewne seriale z Netflixa.

Nie troszczymy się o dobro wspólne. Brak troski o nie widać również na przykładzie frekwencji w wyborach samorządowych, która jest bardzo niska. Polaków samorząd nie interesuje – mają mniejsze lub większe pojęcie o polityce krajowej, którą znają z telewizji i stają jej mimowolnymi uczestnikami, jednak polityka lokalna jest dla nich czymś totalnie nieistotnym. Jest to tymczasem myśleniem błędnym, bo to właśnie samorządy mają duży wpływ na naszą rzeczywistość i to, czy żyje nam się jako społeczności lepiej. W PRL-u oczywiście nie było samorządów terytorialnych, jednak większa była troska o tzw. dobro wspólne, choćby to sąsiedzkie.

Podsumowanie

          To, co obserwujemy w Polsce po 1989 r., wpisuje się w typowy dla państw kapitalistycznych model przemian społeczno-kulturowych. Wiele ze zmian, które widzimy (np. te związane z aktywnością ruchów LGBT), można tłumaczyć faktem istnienia ogólnoświatowego trendu walki wytoczonej tradycyjnym wartościom, religii oraz konserwatywnym narodom. Inne jednak to, niestety, zasługa nas samych. Jako naród wybieramy materializm i indywidualizm.

          Rodzi się istotne pytanie: czy gdyby nie doszło do transformacji ustrojowej, to Polska nie zmagałaby się z tymi problemami? Rozważania z zakresu alternatywnej historii są często ekscytujące, jednak nigdy nie dają pewnej odpowiedzi. Zauważyć też należy, że komunizm wcale nie był ideologią konserwatywną – owszem, promował on wspólnotowość, ale sprzeciwiał się nacjonalizmowi, promował antyliberalizm, ale jednocześnie antyklerykalizm i antykatolicyzm. Komuniści wcale nie wierzyli w świętość rodziny, gdyż rozwody istniały już za głębokiego PRL-u, a ich liczba regularnie wzrasta i nikt nie próbował tego trendu zatrzymać. Zapewne inaczej wyglądałaby sytuacja środowisk homoseksualnych, jednak i tu przestrzegałbym przed gloryfikowaniem PRL-u. Nie możemy wcale przewidzieć, co „mądrość etapu” podpowiedziałaby towarzyszom z PZPR, w szczególności biorąc pod uwagę, kim byli młodzi działacze partii. Pamiętajmy też, że w komunistycznej Polsce, dla porównania, szacunek dla życia poczętego był nieporównywalnie mniejszy niż w Polsce demokratycznej, a wiemy doskonale o tym, że i dzisiejsze prawo jest, delikatnie mówiąc, niedoskonałe.

          Czy upadek PRL-u należy ocenić pozytywnie? Mimo wszystko tak, jednak bez ekscytacji podobnej liberałom czy styropianowym „antykomunistom”. Miał on swoje pozytywne i negatywne strony. Dramatyczne lata 90. i rozkradanie majątku narodowego to rzeczy, o których nie wolno nam zapominać. Przemiany społeczno-kulturowe są zaś faktem i państwo powinno odpowiednio na nie reagować. Kto najbardziej bronił Polski przed liberalizacją? Choć może się to wydać wielu zaskakującym, to Trybunał Konstytucyjny. Orzecznictwo TK przez kolejne lata to twarda obrona tradycyjnych wartości. Z kolei apelować o otrzeźwienie z pewnością należy do Episkopatu – liczba wiernych spada i nie ma co udawać, że problemu nie ma. To problem nie tylko dla Kościoła, ale również dla polskiego ruchu narodowego. Korelacja jest oczywista – wraz ze spadkiem pobożności obserwujemy też fascynację liberalizmem, hedonizmem i zdobyczami Paryża ’68. „Pokolenie JP2” zostaje zastąpione pokoleniem LGBT. Czy to się to komukolwiek podoba, czy nie – wraz z upadkiem w Polsce katolicyzmu nastąpi też upadek moralny całego narodu.

Michał Szymański

Polityka Narodowa nr 23

Foto: pixabay – Sephelonor


[1]     Ich najbardziej prorosyjskie sympatie i westchnienia do generała Jaruzelskiego sprawiły, że doczekali się oni złośliwej, acz dość trafnej łatki „endokomuny”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *