W obronie realizmu politycznego

W obronie realizmu politycznego

W ostatnim numerze „Szturmu” Grzegorz Ćwik poddaje krytyce postawę „realizmu politycznego”.  Autor stawia to pojęcie w cudzysłów, co sugeruje, że krytykowane przez niego stanowisko ma niewiele wspólnego z faktycznym realizmem i sprowadza się albo do snucia alternatywnych wizji historii bez oparcia w faktografii albo do zwyczajnego oportunizmu wobec obcej władzy. Z takim ujęciem tematu można by się jeszcze zgodzić. Zabieg ten stosowany jest jednak dość niekonsekwentnie, gdyż w dalszej części tekstu pojawia się zamiennie pojęcie realpolityki, ale już bez cudzysłowu. Z kolei w podsumowaniu autor wprost stwierdza, że „tzw. „realpolityczna” perspektywa jest całkowicie błędna, szkodliwa i jej zastosowanie nie daje pozytywnych skutków dla rozumienia procesów politycznych i historycznych.” Nie sposób zatem wywnioskować, czy ostrze krytyki kierowane jest w stronę błędnie rozumianego realizmu, czy też realizmu w ogóle.

Kolejny problem sprawia fakt, że autor nie wyjaśnia, jak rozumie istotę krytykowanej przez siebie postawy. W tekście znajdują się odwołania do licznych, dość luźno powiązanych ze sobą egzemplifikacji, dla których trudno znaleźć wspólny mianownik, chyba że są to kierowane pod ich adresem zarzuty kapitulanctwa i zdrady narodowej. I tak jednym tchem omówione zostały zupełnie różne wydarzenia, zjawiska i postaci: Konstytucja 3 maja, walka u boku Napoleona, powstania narodowe, Dmowski, Studnicki, Belgia, Rumunia, Brygada Świętokrzyska, Żołnierze Wyklęci, stan wojenny, Wielomski czy Zychowicz.  Na dokładkę jako emblematyczny przykład realizmu dostajemy Adama Michnika i entuzjastów Unii Europejskiej.  Znów – nie bardzo wiadomo, czy przedstawione w tekście przykłady stanowią zdaniem autora wypaczenie realizmu czy też realizm per se. Brakuje zdefiniowania tego pojęcia a także kryterium, wedle którego można ocenić, czy dana postawa mieści się w ramach uprawnionej polityki narodowej, czy stanowi już kapitulanctwo i przejaw zdrady. Prezentowana krytyka jest zresztą o tyle zaskakująca, iż autor jeszcze niedawno, bo w wywiadzie udzielonym bodajże w sierpniu tego roku dla Centrum Edukacyjnego Polska, wyraził negatywny stosunek do powstania warszawskiego, słusznie wskazując, iż polityka nie polega na pięknych gestach, tylko na realizacji konkretnych celów w takich a nie innych okolicznościach.

Trudno więc w tym gąszczu przykładów zrozumieć, co zdaniem autora łączy Dmowskiego ze Studnickim, twórców dwóch zupełnie przeciwstawnych koncepcji geopolitycznych Polski. Studnicki był germanofilem, który swoje stanowisko uzasadniał m.in. wyższością cywilizacyjną Niemiec względem Rosji. Z tych samych jednak powodów Dmowski orientował się na Rosję, uznając, iż żywioł rosyjski nie stanowi zagrożenia dla polskiego bytu narodowego, w przeciwieństwie do żywiołu niemieckiego. Obaj słusznie rozumieli, że Polska między Niemcami a Rosją nie może prowadzić spornej polityki wobec obu wielkich sąsiadów, gdyż musi to w dłuższej perspektywie spowodować ich wzajemne porozumienie naszym kosztem – dla Studnickiego ceną polsko-niemieckiego sojuszu, skierowanego najpierw przeciw Rosji, a następnie przeciw Związkowi Sowieckiemu, była rezygnacja z kresów zachodnich. Dla Dmowskiego ceną za ugodę z Rosjanami była z kolei rezygnacja z odbudowy Rzeczypospolitej w granicach przedrozbiorowych i zacementowanie współpracy polsko-rosyjskiej poprzez wspólne zwalczanie ukraińskiej irredenty. Obaj publicyści wywodzili z naszego położenia zupełnie inne wnioski, jednak to, co ich łączyło to oparcie swoich koncepcji na chłodnej kalkulacji sił oraz interesów poszczególnych graczy.

Ta wielość różnych stanowisk w obrębie samego realizmu nakazuje patrzeć na realizm jak na metodę analizy bądź uprawiania polityki, a nie jak na gotową receptę. Nie sposób przewidywać przyszłość, można tylko kalkulować prawdopodobny rozwój wypadków i dostosowywać do niego swoje działania. Gdyby żaden polityk nie popełniał błędów, to w dziejach moglibyśmy mówić co najwyżej o stagnacji – każda zmiana w układzie sił ma przecież nie tylko zwycięzców, ale też przegranych. Natomiast autor w wielu miejscach atakuje realistów post factum, oceniając ich koncepcje z perspektywy znajomości historii. Można się z tymi koncepcjami oczywiście nie zgadzać, spierać, i robić to z perspektywy realistycznej, wskazując na błędy w analizie bieżącej sytuacji politycznej. Przykładowo Studnickiemu można zarzucić, że nieprawidłowo szacował stosunek sił państw Osi do aliantów (włączając w to ZSRR). Nie podważa to jednak samej metody, tylko wyciągnięte w oparciu o nią wnioski. Wydaje się, że dla autora problemem jest nie tyle fakt, że część z tych koncepcji obarczonych jest błędami merytorycznymi (choć autor słusznie wyłapuje takie u Studnickiego), lecz jakakolwiek postawa uległości czy ugodowości wobec sąsiednich mocarstw (względnie zaborców), w sytuacji, kiedy całkowicie bezkompromisowa polityka musiała prowadzić do upadku sprawy polskiej. Tym różni się realizm polityczny od tradycji insurekcyjnej, że realiści widzą i przyjmują ograniczenia, wynikające z obiektywnych warunków politycznych, podczas gdy dla ich oponentów ważny jest sam czyn patriotyczny, bez względu na to, jakie rodzi konsekwencje, nawet jeśli są one katastrofalne. Realiści nie sprzeciwiają się każdej walce zbrojnej (autor walczy tu z chochołem), lecz takiej, która jest nieprzemyślana, nieprzygotowana i z góry skazana na porażkę. Inaczej zatem powinniśmy oceniać powstania wielkopolskie (1806 oraz 1918-1919), które wybuchły w sprzyjających okolicznościach międzynarodowych, inaczej zaś powstanie listopadowe czy styczniowe, nie mające żadnych szans powodzenia. 

Dla Dmowskiego niepodległość nie była celem samym w sobie, lecz pewnym etapem, środkiem, stanowiącym warunek szerokiego narodowego rozwoju. Istnieją jednak okoliczności, w których uzyskanie niepodległego państwa nie jest możliwe. W tym kontekście należy przyjąć, że polityka ugodowości, współpracy z zaborcą, mogła przynieść dla narodu wymierne korzyści, skutkować podtrzymaniem i rozwojem sił narodowych. Najlepszym tego przykładem jest autonomia galicyjska. Choć i w tym przypadku wskazać można na takie działania władz cesarskich, które hamowały ekspansję polskiego żywiołu, to bez tej autonomii rozwój sił narodowych byłby jeszcze bardziej utrudniony. To samo tyczy się stanowiska w polityce międzynarodowej. Głównym aksjomatem polityki zagranicznej powinno być zachowanie własnego państwa oraz substancji narodowej, nawet za cenę ustępstw wobec silniejszych sąsiadów, gdyż utrata niepodległego bytu państwowego prowadzi niechybnie do spadku znaczenia narodowej społeczności w ogólnej hierarchii narodów.

Zarówno Dmowski, Studnicki, ale także Piłsudski, szukali sposobu na rozbicie sojuszu niemiecko-rosyjskiego. Antagonizm wobec dwóch wielkich sąsiadów oraz oparcie polityki państwa wyłącznie na mocarstwach zachodnich (Anglia i Francja), prowadzić musi do porozumienia niemiecko-rosyjskiego skierowanego przeciw Polsce. Było to sedno położenia międzynarodowego Polski nie tylko w latach 30-tych, ale także w trakcie I wojny światowej, pod zaborami i w XVIII wieku. Niezrozumienie zaś tej kwestii było przyczyną naszych narodowych klęsk. 

Wszystko albo nic

Wyrazem tej błędnej, jak mniemam, postawy, która nie chce lub nie może dostrzec obiektywnych ograniczeń, w jakich funkcjonuje w danym momencie społeczność narodowa, jest stanowisko, zgodnie z którym wszelki kompromis, ugoda z politycznym przeciwnikiem, poczytane muszą być za zdradę narodową. Postawa taka nie kieruje się racjonalnym osądem sytuacji, lecz chciejstwem. Kryterium doboru metod walki nie jest tu szansa osiągnięcia konkretnych celów politycznych, lecz słuszność działań oceniana z perspektywy moralnej. Istotne nie jest to, czy jakieś działanie przybliża, choćby częściowo, realizację zamierzonego celu, lecz cel sam w sobie, nawet jeśli w danym momencie jest on niemożliwy do osiągnięcia. W konsekwencji nie są brane pod uwagę jakiekolwiek półśrodki czy kompromisy, które pozwalałyby przynajmniej na częściową ochronę żywotnych interesów społeczności narodowej. Liczy się „wszystko albo nic” – albo niepodległość z zachowaniem pełnej integralności terytorialnej – albo całkowity upadek państwa i pozbawienie narodu wszelkich przejawów wewnętrznej autonomii.

Taką postawą cechuje się większość polskich elit od końca XVIII wieku. Uchwalenie Konstytucji 3 maja było próbą wzmocnienia państwa w obliczu zagrożenia ze strony trzech sąsiednich mocarstw. Tylko znowu – reformę ustrojową I Rzeczypospolitej ocenia się w polskiej dydaktyce z perspektywy moralnej, a nie z perspektywy praktycznej. Dążenia do wzmocnienia państwa można generalnie uznać za słuszne, ale pojawia się zasadnicze pytanie, w jakim kształcie i na jakim etapie powinny być realizowane. Nie jest przy tym prawdą, że jakaś polityczna logika i układ sojuszy miał przesądzać o utracie niepodległości, jak również, że likwidacja państwa polskiego wynikała bezpośrednio z niewydolności ustrojowej. Wprawdzie pozycja Polski po pierwszym rozbiorze była słaba, nie istniało jednak  bezpośrednie zagrożenie jej bytu, dopóki pozostawała ona pod kuratelą Petersburga. Rosja nie była zainteresowana upadkiem Rzeczypospolitej, lecz jej wasalizacją i stworzeniem buforu, który ochroniłby ją od zachodu w ekspansji nad Morzem Czarnym. Warto zauważyć, że granica polsko-rosyjska zatwierdzona Traktatem Grzymułtowskiego w 1686 roku była najstabilniejszą granicą między tymi krajami w historii. Pozostała nienaruszona przez kolejne 86 lat. Najbardziej z kolei zainteresowane w zdławieniu polskiej państwowości były Prusy, dla których zachodnie połacie ziem I Rzeczypospolitej stanowiły naturalny kierunek ekspansji. Z jednej strony wzmacniały domenę Hohenzollernów gospodarczo oraz zapewniały łączność Brandenburgii z Prusami Wschodnimi. Z drugiej – aneksja tych ziem zabezpieczała granicę prusko-rosyjską przez wspólny zabór. Pomiędzy Polską i Prusami występowała fundamentalna sprzeczność interesów, ponieważ istnienie niepodległego państwa polskiego hamowało dalszy rozwój terytorialny pruskiej monarchii.

Takie zasadnicze rozbieżności nie występowały w stosunkach z Rosją. Owszem, Petersburg podporządkował sobie Rzeczpospolitą, gwarantując nienaruszalność jej ustroju. W konsekwencji Stanisław August nie mógł prowadzić samodzielnej polityki zagranicznej, musiał również liczyć się ze zdaniem rosyjskiego ambasadora w sprawach wewnętrznych, przede wszystkim w kwestii praw tzw. innowierców. Paradoksalnie polski król potrafił wykorzystać zależność od wschodniego imperium dla wprowadzania reform gospodarczych i oświatowych. Od sejmu konwokacyjnego w 1764 roku  obowiązywał regulamin sejmowy, który nie znosił co prawda liberum veto, lecz ustanawiał zasadę głosowania większością w sprawach skarbowych. Uchwalenie podatków na wojsko nie wymagało wprowadzania ustawy zasadniczej. Konstytucja 3 maja była więc pustą manifestacją polityczną wymierzoną w zależność od rosyjskiego protektora. Dodatkowo wiązała się ona z bardzo niebezpieczną reorientacją w polityce zagranicznej, bowiem zabezpieczeniem dla przemian w Polsce miało być przymierze zawarte z… Prusami, a więc państwem, które było najbardziej zainteresowane upadkiem naszego państwa. Prusacy uzależniali jednak wykonanie sojuszu od cesji terytorialnych w postaci Gdańska i Torunia, na co polska strona ostatecznie nie wyraziła zgody. W tej sytuacji, po uchwaleniu Konstytucji, Polacy stanęli samotnie do wojny z Rosjanami, zaś Prusy wysunęły propozycję kolejnego rozbioru. Petersburg zwlekał z podjęciem decyzji licząc, że uda mu się utrzymać Polskę w dotychczasowych granicach w orbicie swoich wpływów. Ostatecznie o II rozbiorze przesądziła niestabilna sytuacja w naszym kraju.

Powyższa analiza nasuwa pytanie, czy w tych okolicznościach mogliśmy uniknąć utraty niepodległości. Jak wskazano wyżej dwór w Petersburgu nie był zainteresowany likwidacją państwa polskiego. Rozbiory były w istocie uznawane za klęskę polityki rosyjskiej. Katarzynie II nie udało się bowiem trwale podporządkować Polski, przez co Caryca zmuszona była zaakceptować podział terytorium Rzeczypospolitej przez pozostałe dwory. Roztropność nakazywała współpracę z Petersburgiem. Wiązała się ona z ograniczeniem suwerenności i koniecznością umiejętnego balansowania zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej, co nie było łatwe, ale dawało szansę na utrzymanie własnej państwowości. Zależność od Rosji nie pozwalała na zasadniczą reformę ustrojową, ale umożliwiała pracę organiczną, stopniowe zmiany stosunków ekonomicznych. To tworzyło bazę dla ewentualnego zwrotu w polityce zagranicznej w razie zmiany koniunktury międzynarodowej. Ówczesne polskie elity nie były jednak zdolne do podjęcia tej zniuansowanej gry. Ich celem było pełna niezależność od wschodniego protektora bez względu na okoliczności – zgodnie z zasadą „wszystko albo nic”.

Ta samo motto przyświecało XIX-wiecznym insurekcjonistom. Grzegorz Ćwik wskazuje, że powstania nie pozbawiły Królestwa Polskiego swobód, a wręcz odwrotnie – wybuchły właśnie dlatego, że swobody te były łamane. Jest to tylko po części prawda. Jako główną przyczynę powstania listopadowego podaje się nieprzestrzeganie przez carów zapisów Konstytucji z 1815 roku. Trzeba jednak mieć na uwadze, że Konstytucja została nadana przez Aleksandra I – to on był jej gwarantem i wykonawcą. Egzekwowanie postanowień ustawy zasadniczej zależało więc od dobrej woli cara.  Pozycja tego monarchy nie była wówczas czymś niestandardowym – to liberalny ustrój Królestwa stanowił ewenement w skali europejskiej. Piszę o tym dlatego, że zbyt często patrzymy na ówczesne  stosunki polityczne z dzisiejszej perspektywy. Traktujemy naruszanie zapisów Konstytucji jako działania wymierzone w narodową autonomię, podczas gdy był to raczej przejaw praktyki władzy wobec poddanych, nie zaś próba uszczuplenia życia narodowego. Autonomia Królestwa została ograniczona dopiero po zdławieniu powstania. Do tego czasu działania caratu godziły nie tyle w żywotne interesy polskiej społeczności narodowej, co w prawa polityczne, dość zresztą, ograniczone, wyższych warstw społecznych. W 1815 roku na ok. 3,5 miliona mieszkańców prawa wyborcze posiadało ok. 100 tysięcy obywateli. Powstanie zostało wywołane w imię interesów dość wąskiej grupy (głównie niższych szczeblem oficerów wojska) – nie zostało poparte ani przez niższe warstwy społeczeństwa ani przez polskie elity (np. generalicję).

O ile w sferze politycznej sytuacja w Królestwie Polskim przed wybuchem powstania ulegała pogorszeniu, o tyle w kwestiach gospodarczych następował znaczny postęp, co było m.in. zasługą polityki  ministra skarbu –  księcia Ksawerego Druckiego-Lubeckiego. W okręgu łódzkim powstał nowoczesny ośrodek włókienniczy z pierwszymi maszynami parowymi. W zagłębiu dąbrowskim rozwinął się przemysł hutniczy. Rozpoczęto budowę kanału augustowskiego, który miał pozwolić na ominięcie wysokich pruskich taryf celnych. W rolnictwie wprowadzono płodozmian w miejsce trójpolówki. Pomimo silnej władzy cara i zależności od Rosji, Królestwo Polskie stanowiło odrębne państwo. Posiadało własną armię z polskimi barwami oraz polską władzę cywilną i szkolnictwo. W tym czasie powstał Uniwersytet Warszawski (1816), Szkoła Górnicza w Kielcach (1817) oraz Instytut Agronomiczny w Marymoncie (1818). Polska oświata funkcjonowała również na tzw. Ziemiach Zabranych. Uniwersytet Wileński był wówczas największą szkołą wyższą – nie tylko w zaborze rosyjskim, ale także w całym Imperium. Uczelni tej podporządkowane zostało szkolnictwo ośmiu zachodnich guberni, zamieszkałych przez prawie 9 milionów ludzi. Polacy na terytorium zaboru rosyjskiego posiadali szeroki samorząd lokalny oraz przeważali na stanowiskach administracji państwowej. Te istotne, realne atrybuty polskiej autonomii poświęcono w imię dość mglistych, niepewnych i trudnych do uchwycenia korzyści.

Tak jak wybuch powstania listopadowego skłonił cara Mikołaja I do likwidacji autonomii Królestwa Polskiego, tak wybuch powstania styczniowego zniweczył reformy Aleksandra Wielopolskiego, doprowadzając do usunięcia resztek odrębności i zamiany Kongresówki w „Priwislinskij kraj”, poddany intensywnej rusyfikacji. Branka nie była przyczyną wybuchu powstania styczniowego. Co prawda przyspieszyła decyzję o podjęciu przez konspiratorów działań zbrojnych ze względu na przewidywane represje, jednak same przygotowania do insurekcji rozpoczęły się przed ogłoszeniem poboru.

Jak wcześniej wspomniałem głównym problemem naszego położenia w XIX wieku był sojusz prusko-rosyjski. Dopóki państwa te współpracowały ze sobą w sprawie polskiej, dopóty nie było szans na odzyskanie niepodległości. W tym kontekście należy odczytywać przywołaną przez autora wypowiedź Bismarcka na temat polskich zrywów narodowych. Otóż Prusakom zależało właśnie na tym, aby Polacy wywoływali powstania przeciwko Rosji, przypominając tym samym o „sprawie polskiej” na arenie międzynarodowej. Wszelkie ruchawki angażowały siły rosyjskie, osłabiały stosunki Rosji z pozostałymi mocarstwami, a tym samym wzmacniały współpracę prusko-rosyjską w oparciu o dławienie polskiego ruchu niepodległościowego. Wymownym świadectwem pruskiej polityki jest Konwencja Alvenslebena. Po wybuchu powstania styczniowego, 8 lutego 1863 roku, została podpisana umowa zobowiązująca Prusy do udzielenia pomocy wojskom rosyjskim w razie gdyby powstańcy pojawili się na granicy prusko-rosyjskiej lub próbowali ją przekroczyć. Konwencja pozornie była prorosyjska. W istocie osłabiała Rosję, gdyż jako pierwsza umiędzynarodowiła sprawę polską, wywołując sprzeciw Francji, Wielkiej Brytanii oraz Austrii. Jednocześnie, wobec izolacji Rosjan, waloryzowała przyjaźń pruską w ich oczach. Bismarck dzięki temu genialnemu posunięciu osiągnął co najmniej dwa cele: złamał groźbę rysującego się sojuszu francusko-rosyjskiego, a ponadto zapewniał sobie neutralność Rosjan w planowanym konflikcie z Austrią. 

Od czasu Kongresu Wiedeńskiego interesy zaborców coraz bardziej się rozjeżdżały, jedyne co je łączyło to utrzymanie status quo w sprawie polskiej. Austria rywalizowała z Prusami o dominację w Niemczech, z Rosją o posiadłości na Bałkanach. Było kwestią czasu pojawienie się zgrzytów na granicy prusko-rosyjskiej. W latach 60-tych XIX wieku Francja szukała zbliżenia z państwem carów przeciwko monarchii Hohenzollernów. Prusy i Rosja były więc blisko znalezienia się w przeciwnych obozach, co realnie przybliżało konfrontację między tymi państwami. Powstanie styczniowe stworzyło okazję, którą umiejętnie wykorzystał Bismarck, by zażegnać potencjalny konflikt w środkowej Europie i zacementować sojusz rosyjsko-pruski.  Gdy na początku XX wieku, nie istniało zagrożenie polskiej irredenty, drogi tych dwóch mocarstw definitywnie się rozeszły, co skutkowało wybuchem I wojny światowej. Wiele wskazuje na to, że do konfliktu mogło dojść znacznie wcześniej. Nader interesująco przedstawiałaby się sytuacja, gdybyśmy do tego czasu zachowali namiastkę państwa oraz własną armię jak w 1830 roku. Konkludując tę część rozważań, można powiedzieć, że powstania, zamiast przybliżać, oddalały moment odzyskania przez Polaków niepodległości.

U progu niepodległości 

Po upadku powstania styczniowego sytuacja polityczna w Królestwie zmieniła się diametralnie. Zniesiono ostatnie swobody, a Polacy zostali poddani intensywnej rusyfikacji. Zarówno w administracji jak i w szkolnictwie obowiązkiem stało się stosowanie języka rosyjskiego. Język polski został zepchnięty do sfery kontaktów prywatnych. W tych zmienionych warunkach inaczej należy postrzegać aktywność polityczną w zaborze rosyjskim. O ile po Kongresie Wiedeńskim czy
w przededniu powstania styczniowego władze rosyjskie wysuwały do Polaków propozycje ugody, które należało podjąć ze względu na brak innych realnych możliwości realizacji polskich interesów narodowych, o tyle po 1864 roku carowie nie byli zainteresowani jakimkolwiek porozumieniem z polskim społeczeństwem i autonomią Królestwa. Do tego doszło zdecydowanie większe uświadomienie polityczne mas. Inaczej zatem niż w czasach przepowstaniowych, aktywny opór ze strony Polaków stał się warunkiem, a nie grzebaczem, ustępstw ze strony władz rosyjskich.
Stanowcza artykulacja polskich postulatów wymagała jednak narzucenia pewnych samoograniczeń. Fakt, że Rosja nie radzi sobie z wojną na Dalekim Wschodzie z państwem, aspirującym do roli regionalnego mocarstwa, nie oznaczał przecież, że nie poradzi sobie ze zdławieniem rozruchów społecznych w swej europejskiej części. Dmowski rozumował w ten sposób, że większy rozmiar rewolucji przyniesie ze sobą również większą klęskę, a więc dotkliwszą skalę porewolucyjnych represji. W tym kontekście zrozumiałym stanie się popieranie tych żądań i form działalności, które wywierały presję na władze rosyjskie, ale w granicach, które mogły być przez nie tolerowane i skłonić do zawarcia jakiejś formy kompromisu. Nie kwestionowano więc zastanego porządku, jak czynili to socjaliści, gdyż oznaczałoby to wojnę na wyniszczenie, którą Polacy musieli przegrać. Doraźnie nie formułowano również deklaracji budowy niepodległego państwa, co nie znaczy, że rezygnowano z podniesienia tego postulatu w przyszłości.

Trzeba pamiętać, że większość ruchu socjalistycznego nie ograniczała się w swoich postulatach do wprowadzenia reform socjalnych, ale opowiadała się za całkowitą przebudową społeczeństwa w duchu rewolucyjnym. To nie podobało się nie tylko przemysłowcom i fabrykantom, ale także drobnym handlarzom i rzemieślnikom oraz chłopom. Można oczywiście popierać światową rewolucję i socjalizm, wychodząc z takich lub innych pobudek ideowych, nie stanowi to jednak przedmiotu naszych rozważań. Wypada w tym miejscu tylko przypomnieć, że komitet wyborczy stronnictw zgrupowanych wokół endecji zdobył w wyborach do sejmu w 1922 roku 36% mandatów. Poza blokiem wystartował PSL-Piast, któremu udało się pozyskać prawie 16% głosów, podczas gdy na taki PPS głosowało ledwie ponad 9% wyborców. Skala poparcia dla endecji stanie się jeszcze bardziej wyraźna, jeśli uwzględnimy, że Polacy stanowili 67% wszystkich wyborców, co oznacza, że blok chrześcijańsko-narodowy uzyskał statystycznie ponad połowę głosów obywateli polskiej narodowości. Doprawdy, chciałbym, żeby w dzisiejszej Polsce klasa posiadająca była aż tak liczna.    

Wracając do tematu – endecja była wrogo nastawiona zarówno do koncepcji zbrojnej walki z caratem, gdyż groziło to eskalacją represji, jak również do treści rewolucyjnych żądań. Negatywnie oceniała hasła klasowe,  widząc w nich osłabienie zwartości narodowej i odrywanie robotników od poczucia przynależności narodowej pod hasłem walki klas i międzynarodowej solidarności proletariatu. Do solidaryzowania się z rosyjskimi robotnikami w walce rewolucyjnej wzywała komunistyczna SDKPiL oraz młodzi działacze PPS-u . Natomiast „starzy”, skupieni wokół Piłsudskiego, chcieli przekształcić narastające w masach nastroje rewolucyjne w antyrosyjskie powstanie, co musiałoby skończyć się katastrofą.

Pierwsza fala strajków w Kongresówce, w styczniu i w lutym 1905 roku, przyniosła pewną poprawę bytu robotników. Uzyskano średnio 10% podwyżki uposażenia i skrócenie dnia pracy o godzinę. W wielu fabrykach wywalczono kasy chorych i bezpłatną opiekę lekarską, polepszyło się też traktowanie robotników. Podstawowe postulaty socjalne zostały więc osiągnięte. Mimo to w maju ruszyła druga fala protestów, kierowana przez partie robotnicze. Doszło do starć zbrojnych w Warszawie i w Łodzi. W tej drugiej miejscowości protesty przybrały charakter rewolucyjny. Interweniowała armia rosyjska, a w mieście i w powiecie wprowadzono stan wojenny. W starciach z wojskiem zginęło, według oficjalnych źródeł policyjnych, 151 osób, w tym 55 Polaków, 79 Żydów i 17 Niemców, co obrazuje jaki żywioł narodowy dominował wśród samych protestujących. 30 października władze ogłosiły manifest konstytucyjny. Zapowiadano w nim zwołanie Dumy wyposażonej w uprawnienia ustawodawcze i uznano podstawowe prawa obywatelskie. Do tego momentu osiągnięto zatem podstawowe cele polityczne i socjalne. Z punktu widzenia endecji dalsze protesty były bezcelowe i prowadziły jedynie do zaognienia konfliktu z caratem w imię  interesów rewolucyjnych wąskiej grupy społecznej (proletariat stanowił wówczas zdecydowaną mniejszość społeczeństwa polskiego). 5 listopada Liga Narodowa zorganizowała wielki pochód narodowy w Warszawie. Miał on, podobnie jak i manifestacje w innych miastach Kongresówki, wywrzeć nacisk na władze, by przyznały Królestwu autonomię.

Jak widać, endecja nie ograniczała się tylko do walki z socjalistami. Przystąpiła do tworzenia polskich związków zawodowych, do których przyjmowano wyłącznie Polaków. Kierowała również akcją mającą na celu wprowadzenie języka polskiego w urzędowaniu gmin, co już w czerwcu 1905 roku zakończyło się sukcesem. Po wybuchu strajku szkolnego endecy powołali Związek Unarodowienia Szkół, wspierając hasło polonizacji oświaty. W kwietniu władze rosyjskie zgodziły się na wprowadzenie w szkołach publicznych języka polskiego jako przedmiotu, a także na prowadzenie po polsku lekcji religii. Zaakceptowano również nauczanie w języku polskim w szkołach prywatnych, wyłączając jedynie historię, geografię i język rosyjski, które miały być wykładane po rosyjsku. W maju 1905 roku, z inicjatywy endecji, powołano Polską Macierz Szkolną. Stowarzyszenie organizowało tajne kursy pedagogiczne, na których przygotowywano nauczycieli do nauczania po polsku. Polska Macierz Szkolna została zalegalizowana i prowadziła 800 szkół obejmujących 63 tysiące dzieci. W większości były to małe szkoły wiejskie. Zorganizowała też 600 bibliotek i czytelni. Prowadziła 4000 ochronek, a także szkolnictwo dla dorosłych: od kursów dla analfabetów po działający w Warszawie Uniwersytet Ludowy kształcący robotników i rzemieślników. Niestety, w grudniu 1907 roku w ramach porewolucyjnych represji PMS została zlikwidowana.

Punktem zwrotnym było stłumienie grudniowego strajku w Moskwie. Zapał rewolucyjny został zgaszony, więc dalsza działalność protestacyjna pozbawiona była politycznego sensu. To głównie w tym czasie dochodziło do starć między bojówkami socjalistycznymi a związanym z endecją Narodowym Związkiem Robotniczym. Ostatecznie żadna z polskich inicjatyw nie przyniosła trwałych rezultatów. Dmowskiemu nie udało się przekonać carskiej administracji do nadania Królestwu autonomii. Można oczywiście spierać się, na ile endecja prawidłowo oceniała nastroje polityczne ówczesnych władz rosyjskich. Dmowski być może zbyt mocno ufał w możliwość ugodowego ułożenia się z caratem. Ale ogólny kierunek polityczny został obrany prawidłowo: powstanie nie miałoby szans powodzenia, a dodatkowo groziło interwencją zbrojną Niemiec. Pewnym paradoksem jest, że w czasie rewolucji 1905 roku większość społeczeństwa walczyła o rozwiązania, które funkcjonowały już wcześniej, zaraz po Kongresie Wiedeńskim – cieszyliśmy się wtedy dość szeroką autonomią, w tym polską oświatą. Powstania narodowe cofnęły nas politycznie.

Kolejny zarzut  odnosi się do stanowiska endecji w I wojnie światowej. Zarzut ten czyniony jest jednak ex post, tj. z perspektywy znajomości tego, jak potoczył się wspomniany konflikt, czego nie dało się przewidzieć w momencie formułowania programów orientacyjnych. Ostatecznie przecież Dmowski słusznie zakładał, że to państwa Ententy wygrają wojnę, natomiast jednoczesna przegrana Rosji przy zwycięstwie jej koalicjantów nie była taka oczywista, jak próbuje suponować to autor. Przede wszystkim bezpośrednią przyczyną klęski Rosji było zwycięstwo rewolucji, która w odpowiednim momencie mogła zostać skutecznie zdławiona, zabrakło jednak politycznej woli i zdecydowania rosyjskich władz. Nie mówiąc już o tym, że w żadnej mierze nie było możliwe do przewidzenia zwycięstwo rewolucji bolszewickiej, która skłóciła Rosję z resztą państw europejskich, stwarzając w ten sposób swoistą próżnię polityczną na wschodzie i wyłom w systemie francuskich aliansów. Nieuzasadnione jest również porównanie sytuacji na froncie europejskim z frontem dalekowschodnim. Wojna z Japonią była prowadzona przez Rosję samodzielnie, bez wsparcia sojuszników. Toczyła się na dalekich peryferiach państwa, skomunikowanych jedynie koleją transsyberyjską z mocno ograniczoną przepustowością. Kraj Nipponu wspierała Wielka Brytania ze swoimi kredytami.  Natomiast w Europie Rosja połączona była sojuszem z Wielka Brytanią i Francją, flankującym Niemcy od zachodu. Przewaga Ententy nad państwami centralnymi, zarówno pod względem demograficznym jak i ekonomicznym, była przytłaczająca. Trójporozumienie przeznaczało także więcej środków na zbrojenia. Niemiecki plan wojenny zakładał więc szybkie rozbicie Francji a następnie przerzucenie wojsk na front wschodni. Porażki wojsk rosyjskich w pierwszych miesiącach konfliktu spowodowane były m.in. błędem niemieckich sztabowców, którzy po zwycięstwie w sierpniowej bitwie granicznej w pobliżu Belgii uznali, że armia francuska została rozbita, wysłali więc część sił do Prus Wschodnich. To osłabienie armii niemieckiej na froncie zachodnim przyczyniło się do klęski we wrześniowej bitwie pod Marną, która przesądziła losy wojny. Odtąd porażka Niemiec była kwestią czasu – gdyby zawarto wówczas kompromisowy pokój do żadnego upadku Rosji by nie doszło.

Z tej perspektywy koncepcja Dmowskiego wydaje się słuszna. Po pierwsze, wiązała sprawę polską ze stroną zwycięską. Po drugie, jedynie wygrana Ententy stwarzała szansę zjednoczenia ziem wszystkich zaborów. W razie utrzymania się Rosji w obozie zwycięzców, co z całym prawdopodobieństwem mogło się wydarzyć (to raczej rewolucja bolszewicka była swoistym „czarnym łabędziem”, używając popularnego ostatnimi czasy określenia), decyzje odnośnie terytoriów zamieszkałych przez Polaków i tak zapadły by między zwycięskimi mocarstwami. Dmowski uważał, że zjednoczenie ziem polskich pod berłem carów wymusi na Rosji ustępstwa. Autor jako kontrargument przywołuje casus Ukrainy.  Problem w  tym, że Ukraińcy w zaborze rosyjskim mieli słabo rozbudzoną świadomość narodową, a najbardziej rozwinięte pod tym względem ziemie znajdowały się w monarchii Austro-Węgierskiej (Galicja Wschodnia). Bardzo istotną rolę odrywał tu czynnik religijny. Prawosławna część Ukrainy pozostawała silnie powiązana kulturowo z Rosją, czego skutki widoczne są także dzisiaj. To m.in. różnice  w poczuciu świadomości narodowej sprawiły , że Polakom, przeciwnie niż Ukraińcom, udało się po I wojnie światowej obronić swą niepodległość.

Czy opowiedzenie się po stronie państw centralnych stanowiło realną alternatywę? Zwycięstwo Niemiec lub, co bardziej prawdopodobne, zawarcie separatystycznego pokoju z carską Rosją, stwarzało Polakom dość mgliste perspektywy. Czy monarchia Hohenzollernów zrzekła by się Śląska, Pomorza Wschodniego lub choćby Wielkopolski? W planach było raczej utworzenie, zależnego od Niemiec, kadłubowego państwa polskiego z ziem odebranych Rosji. Wątpliwe także, by do takiego tworu przyłączono Kresy Wschodnie. Celem Niemiec na froncie wschodnim było stworzenie państwa ukraińskiego, które w naturalny sposób ciążyło by w stronę państw centralnych. Wystarczy wspomnieć, że 9 lutego 1918 roku, zawarto traktat z Ukrainą, na mocy którego ta otrzymywała Chełmszczyznę, zaś Austro-Węgry zobowiązały się utworzyć z Galicji Wschodniej i Bukowiny nowy kraj koronny. Czym zatem miałby się różnić jakościowo taki twór od Królestwa Polskiego, utworzonego po Kongresie Wiedeńskim? Dlaczego zależność od Niemiec bądź od Austro-Węgier ma być jakościowo inna (lepsza?) od zwierzchności rosyjskiej?

Jak widać położenie Polaków w przededniu I wojny światowej przedstawiało się dość skomplikowanie i błędnym jest założenie, że możliwe było sformułowanie gotowych, w pełni sprawdzalnych recept. Realizm nie polega na przewidywaniu przyszłego stanu rzeczy, ale na rozeznaniu aktualnej sytuacji i dopasowania do niej swych działań. Dmowski nie trzymał się kurczowo własnych koncepcji, lecz dostosowywał je do zmieniających się na bieżąco okoliczności. Jesienią 1915 roku, a więc przed wybuchem rewolucji w Rosji, uznał, że nie osiągnie porozumienia z caratem. Wobec tego wyjechał na Zachód, gdzie przekonywał europejskie mocarstwa do polskich postulatów. Podobnie swoje postępowanie dostosowywał Piłsudski – gdy zaczął ciążyć mu taktyczny sojusz z państwami centralnymi zerwał z nimi przy okazji kryzysu przysięgowego. Zresztą, jeśli chcielibyśmy oceniać słuszność programów orientacyjnych ex post, to należałoby dojść do wniosku, że koncepcja Dmowskiego oparta była na racjonalnych podstawach. Ostatecznie to endecja związała się z obozem zwycięzców, co umożliwiło przygotowanie zachodniej opinii do korzystnych dla Polski rozwiązań w przyszłym traktacie pokojowym. Potwierdzeniem słuszności oparcia się o państwa Ententy była wspomniana postawa Piłsudskiego w czasie kryzysu przysięgowego. Przypomnijmy także, że pomimo zawarcia przez rewolucyjną Rosję separatystycznego pokoju z Niemcami w Brześciu Litewskim w styczniu 1918 roku, Traktat Wersalski przewidywał całkowite wycofanie wojsk państw centralnych ze wschodniej Europy. To stworzyło przestrzeń dla samodzielnego kształtowania granic niepodległej Polski. W istocie, Polacy orientując się na różne strony konfliktu, „grali polską melodię na różnych fortepianach”. Dzięki temu możliwe było lawirowanie między zaborcami i licytowanie karty polskiej.

Między dżumą a cholerą

Przejdźmy do II wojny światowej. Sugestie niemieckie dotyczące włączenia Gdańska do III Rzeszy i budowy eksterytorialnej autostrady łączącej Prusy Wschodnie z Berlinem nie były częścią realizacji jakiegoś szerszego planu podboju Polski. Takie spojrzenie dominuje obecnie ze względu na znajomość dalszych wypadków, do których doszło jednak nie ze względu na przyjęcie niemieckich żądań, a ich odrzucenie. W istocie, rozmowy na temat uregulowania statusu Wolnego Miasta toczyły się mniej więcej od końca 1937 roku i stały się elementem szerszej koncepcji kompleksowego rozwiązania spornych kwestii polsko-niemieckich (tzw. globallösung), co było zresztą pomysłem Józefa Becka, zaakceptowanym przez polityków III Rzeszy. Dla Polski najważniejszą kwestią pozostawała wówczas akceptacja przez Niemcy wspólnej granicy. Przez ponad rok trwały negocjacje, w których, wraz ze wzmocnieniem pozycji III Rzeszy (anschluss Austrii, zajęcie Sudetów, a następnie Czech i Moraw), Polska siłą rzeczy stawała się stroną słabszą. W toku tych rozmów polskie MSZ nie zgłaszało generalnych zastrzeżeń co do swobody politycznego rozwiązania przyszłości Gdańska przez Niemców, nie wykluczając włączenia miasta do Rzeszy. Jednocześnie strona niemiecka sygnalizowała takie uregulowanie sprawy gdańskiej, które zabezpieczało by polskie interesy gospodarcze. Deklarowano zagwarantowanie Polsce eksterytorialnych połączeń kolejowych do polskiego eksterytorialnego portu w Gdańsku oraz stosowne ułatwienia gospodarcze. Rzeczpospolita miała w zamian zgodzić się na wspomnianą wcześniej eksterytorialną autostradę do Prus Wschodnich. Jak widać propozycje uregulowania kwestii Wolnego Miasta polegały na wzajemnych ustępstwach, przy czym Gdańsk był miastem etnicznie niemieckim, zaś polskie prawa na jego obszarze miały charakter wyłącznie symboliczny. Dodatkowo Ribbentrop proponował m.in. wspólne załatwienie problemu Rusi Zakarpackiej, co oznaczało odejście Niemiec od koncepcji wspierania ukraińskiej irredenty. Ewentualne ustępstwa Polski nie byłyby żadnym kapitulanctwem, lecz próbą kompromisowego rozwiązania spornych kwestii z silniejszym sąsiadem przy poszanowaniu obopólnych interesów. 
Z niemieckiego punktu widzenia, jeśli uwzględnimy wcześniejsze stanowisko rządów Republiki Weimarskiej, były one najdalej idącą ofertą normalizacji wzajemnych relacji. Do porozumienia nie doszło nie ze względu na rzekomo ogromną wagę, jaką posiadał Gdańsk dla pozycji Rzeczypospolitej, lecz z uwagi na polską opinię publiczną, zachłyśniętą mocarstwową propagandą po zajęciu Zaolzia, związane z tym interesy obozu władzy i prawdopodobnie odejście Becka od koncepcji współpracy z Niemcami po jego porażce w próbie zwasalizowania Słowacji.

Można przyjąć, że w dłuższej perspektywie III Rzesza dążyłaby do ścisłego podporządkowania Polski. Jednak tak długo, jak Rzeczpospolita była potrzebna do realizacji niemieckich interesów, a więc praktycznie do zakończenia wojny z Zachodem, a następnie ze Związkiem Sowieckim, Hitler godziłby się na pewne ustępstwa. Świadczyć może o tym zgoda Rzeszy na posiadanie przez Włochów terenów Górnej Adygi, zamieszkałych prawie wyłącznie przez ludność niemiecką, mimo że roszczenia Rzeszy do tej prowincji nie ustępowały wadze roszczeń do Nadrenii, Sudetów czy Gdańska. Inną ciekawą okolicznością jest fakt, że Niemcy pierwotnie planowali włączenie Wolnego Miasta do Rzeszy po wyborach w marcu 1939 roku, jednak wstrzymali się z tą decyzją do czasu ostatecznych uzgodnień
 z polskim rządem. Nawet po wygraniu kampanii wrześniowej III Rzesza planowała pozostawić kadłubowe państwo polskie, na co zgody nie wyraził Stalin. Przykładem prowadzenia polityki wymykającej się zwierzchnictwu Berlina jest postawa Węgier po agresji Niemiec na Polskę. Pomimo sojuszu z Hitlerem, Węgry odmówiły wzięcia udziału w Kampanii Wrześniowej, a po upadku państwa polskiego otworzyły granicę dla tysięcy polskich uchodźców.

Państwa, które były sojusznikami III Rzeszy uniknęły poważnych strat ludnościowych i materialnych. Ich powojenny los był w najgorszym razie porównywalny z Polską. Rumunia, przywoływana przez autora, dokonała w toku działań wojennych zmiany sojuszu, odzyskując utracone wcześniej na rzecz Węgier ziemie. Szacuje się, że straciła ona 3,13% populacji, z czego 200 tysięcy ludności cywilnej (głównie żydowskiego pochodzenia). Polskie straty ludnościowe wyniosły ok. 17%. Zginęło 6 mln obywateli II RP, z czego blisko połowę stanowiły osoby polskiej narodowości. Naddunajska monarchia u progu wojny zajmowała powierzchnię 295 tysięcy km2 i liczyła blisko 16 mln mieszkańców. W 1940 roku na skutek Drugiego arbitrażu wiedeńskiego zmuszona była oddać Węgrom cześć Siedmiogrodu o powierzchni 43 tysięcy km2, zamieszkałą przez 2,5 mln ludzi. Wkrótce potem odstąpiono Bułgarii południową Dobrudżę – obszar o powierzchni 7,5 tysiąca km2 z 400 tysiącami mieszkańców, w większości Bułgarami i Turkami (w całej południowej Dobrudży Rumuni stanowili ok. 20% ludności). Jednocześnie nastąpiło przesiedlenie ludności: ok. 110 tysięcy Rumunów przeniosło się na północ, a 77 tysięcy Bułgarów na południe. Na skutek niemieckiej interwencji Rumunia utraciła więc ok. 17% terytorium, a nie jak podaje autor połowę. Uwzględniając nawet aneksje sowieckie (Besarabia i Bukowina) łączne straty terytorialne i ludnościowe wyniosły 1/3 obszaru i 2/5 liczby ludności z 1939 roku. Związek Radziecki zajął bowiem ziemie o powierzchni 50 762 km2 i populacji 3 776 309. Nadal są to duże straty, warto jednak zadbać o szczegóły. Trzeba także pamiętać, że Rumunia nie była wtedy sojusznikiem III Rzeszy i nie mogła samodzielnie oprzeć się sowieckiej agresji. Z kolei brak zgody na arbitraż niemiecki w sporze z Węgrami oznaczałby prawdopodobnie zajęcie przez Madziarów całego Siedmiogrodu, a być może również okupację Rumunii przez państwa Osi ze względu na zasobność tego kraju w złoża ropy naftowej. Jednocześnie udział w wojnie przeciwko ZSRR umożliwił Rumunii tymczasowe odzyskanie Mołdawii, a nawet okupację Transnistrii z Odessą. Co ciekawe po wyzwoleniu Besarabii cześć rumuńskich polityków postulowała zakończenie działań wojennych, jednak gen. Antonescu postanowił przekroczyć Dniepr, licząc na korzystne w przyszłości rozstrzygnięcia w sprawie Transylwanii. Być może był to odpowiedni moment dla Rumunii, by zaprzestać dalszych kampanii militarnych.

Nie jest prawdą, że Rumunii bez zająknięcia się przyjęli komunizm, a stalinizm tolerowali do 1989 roku. Wręcz przeciwnie: po zakończeniu działań wojennych silną pozycją w kraju cieszył się król Michał, a w wyborach parlamentarnych w 1946 roku rzeczywiste wyniki wskazywały na zwycięstwo Narodowej Partii Chłopskiej (coś jak nasz PSL). Schemat przejmowania władzy przez komunistów był jednak podobny jak w innych państwach: pod osłoną wojsk radzieckich wyniki wyborów zostały sfałszowane. Opozycja oprotestowała rezultat głosowania, niestety król Michał, obawiając się utraty tronu, uznał zwycięstwo partii komunistycznych i powierzył im utworzenie nowego rządu. W latach 50-tych Rumunia zaostrzyła kurs wobec Związku Sowieckiego. Wojska radzieckie opuściły kraj w 1957 roku (Polskę w 1991 roku). Zdystansowano się od RWPG i otwarto na częściową współpracę z Zachodem. Rumunia nie wzięła udziału w interwencji wojsk Układu Warszawskiego
w Czechosłowacji i otwarcie potępiła interwencję w tym kraju, zawieszając udział swych wojsk w strukturach sojuszu. Ceaușescu forsował ideologię narodowego komunizmu, zrehabilitował część dawnych działaczy prawicowych i ofiary stalinizmu. Na sytuację poszczególnych państw  Europy Środkowej wpływ miał splot różnorakich czynników, byłbym więc ostrożny w tworzeniu daleko idących analogii.

Nie jest także przesądzone, że udział wojsk polskich po stronie Osi spowodowałby jakąś głęboką, strukturalną komunizację społeczeństwa. Węgrzy mimo, że byli najwierniejszym sojusznikiem III Rzeszy, pierwsze przeciwstawiły się zbrojnie armii sowieckiej po zakończeniu wojny (Rewolucja 1956). Obecnie zaś jest to naród, który prowadzi dość samodzielną i asertywną politykę.

Nie wiem, czy pójście z Niemcami na Związek Sowiecki było wówczas najlepszym rozwiązaniem (jest to temat na odrębną, głębszą analizę), ale póki istniały struktury państwa polskiego, nawet jeśli zależne w mniejszym lub większym stopniu od innego mocarstwa, dopóty istniała możliwość prowadzenia własnej polityki, lawirowania między rożnymi ośrodkami władzy, ratowania polskiej substancji narodowej, elit intelektualnych, przemysłu i dóbr kultury, a w ostateczności zmiany orientacji w polityce zagranicznej. Brak własnego państwa takie szanse całkowicie przekreślał, oznaczał pozbawienie Polski podstawowych narzędzi oddziaływania na rzeczywistość (niewielkiego, ale zawsze). Zamiast tego staliśmy się dla zachodnich aliantów uciążliwym problemem, zdanym w istocie na łaskę Stalina. Przyjmując żądania niemieckie, Polska traciła niewiele, zyskiwała natomiast cenny czas, wojsko i możliwość manewru. Głównym celem militarnym Hitlera przed atakiem na Związek Sowiecki była Francja. Do tego potrzebował sojuszu z Rzeczpospolitą, która zabezpieczała by Niemcy od wschodu. Brak zgody Polski wymusił rewizję tych planów i wyeliminowanie w pierwszej kolejności naszego kraju. To nie Francuzi mieli ginąć za Gdańsk, jak głosi słynne hasło; to Polacy ginęli za Francję. Z tej perspektywy pierwsze uderzenie Niemiec powinno pójść nad Sekwanę, a nie nad Wisłę, tym bardziej, że Francja była silniejszym państwem od Polski i teoretycznie miała szansę powstrzymać uderzenie niemieckie.  Polska zyskałaby z jednej strony czas na lepsze przygotowanie się do działań zbrojnych, z drugiej możliwość reagowania w zależności od dalszego rozwoju sytuacji. Warto w tym miejscu zauważyć, że we wrześniu 1939 roku Niemcy dopiero testowali doktrynę wojny błyskawicznej. Uderzenie skierowane w pierwszej kolejności na Francję mogło nie odnieść tak dobrego rezultatu, jaki w rzeczywistości przyniosła niemiecka ofensywa w maju 1940 roku.

Przeciwnicy koncepcji sojuszu Polski z Niemcami w 1939 roku opierają się najczęściej na dwóch skonstruowanych post factum argumentach. Wskazują na politykę eksterminacji Polaków przez III Rzeszę oraz fakt ostatecznego zwycięstwa Związku Sowieckiego, a tym samym dotkliwsze konsekwencje, jakie mogła ponieść Polska, walcząc po stronie państw Osi. Rzecz w tym, że politykę Józefa Becka należy oceniać całościowo, a także z perspektywy posiadanej przez niego wiedzy. Jeśli więc Beck mógł przewidzieć taki rozwój wypadków, to powinien próbować przeciwstawić się ekspansjonistycznej polityce Niemiec najpóźniej w 1938 roku, przed rozbiorem Czechosłowacji. Istniała wówczas możliwość wsparcia południowego sąsiada w oparciu o Małą Ententę i udział Wielkiej Brytanii. W ostateczności mógł pójść na układ ze Związkiem Radzieckim (skoro zwycięstwo Sowietów miało być przesądzone) lub przynajmniej zamarkować porozumienie z tym państwem. Wiemy jednak, że Beck w ten sposób nie kalkulował. Podejmował decyzje w oparciu o inne przesłanki, a wojsko polskie zamiast do wojny obronnej przygotowywane było do działań ofensywnych. W tym kontekście próby tworzenia alternatywnych wizji historii stanowią pewien przyczynek do ogólnej refleksji nad polityką zagraniczną naszych przywódców w dwudziestoleciu międzywojennym, a nie gotową receptę na wszystkie jej bolączki. Polityka ta była irracjonalna, opierała się na błędnych przesłankach i dlatego należy ocenić ją krytycznie.

Trudno przewidzieć, w jakim kierunku potoczyłaby się historia, gdyby Polacy więcej kierowali się instynktem samozachowawczym, a mniej górnolotnymi frazesami. Z całą jednak pewnością politycy nie powinni podejmować decyzji w oparciu o przesłanki, które są nieweryfikowalne, a do takich należą wszelkie rozważania o zupełnie abstrakcyjnej przyszłości. Nie wiemy zatem, jak ukształtowałaby się nasza tożsamość bez narodowych powstań, ale i wiedza taka, niemożliwa przecież do osiągnięcia, nie stanowi kryterium oceny wyborów politycznych. Tym kryterium są czynniki, które można zdefiniować w momencie podejmowania decyzji:  siła armii, powierzchnia, potencjał demograficzny, ekonomiczny i kulturowy, przewidywalne skutki. We wszystkich tych obszarach żywioł polski ponosił od końca XVIII wieku straty. Tożsamość jest płynna, trudna do uchwycenia, może się rozwijać w różnych warunkach. Natomiast stan narodowego posiadania stanowi coś namacalnego, co łatwo można utracić. Raz na zawsze.

Oczywiście zgodzić się trzeba, że historia buduje narodową tożsamość. Nasza została w dużej mierze ufundowana na klęskach, co naturalnie rodzi kompleksy. Błędne pojmowanie własnej historii powoduje  brak zrozumienia dla mechanizmów funkcjonowania polityki, a w konsekwencji podejmowanie błędnych decyzji. Nie wykształciliśmy w sobie jako naród instynktu samozachowawczego oraz racjonalnego podejścia do rozwiązywania sporów i realizacji własnych interesów. W naszych działaniach i debatach politycznych chłodna analiza ustępuje emocjonalnym uniesieniom. Widać to na przykładzie stosunku Polaków do UE, które cechuje dziecięca wręcz egzaltacja i brak jakiegokolwiek krytycyzmu. Wypominana przez autora uległość obozu demokratyczno-liberalnego względem Zachodu wynika właśnie, przynajmniej w sferze werbalnej, z konotacji ideowych, z emocjonalnego stosunku do instytucji zachodniego świata: demokracji, praw człowieka, globalizacji, a nie z trzeźwego osądu rzeczywistości. Aktualne położenie Polski nie znajduje porównania z sytuacją, w jakiej znajdował się nasz naród w XIX wieku, w 1939 roku albo w czasach sowieckiej okupacji. Nie grozi nam bezpośrednia agresja militarna czy utrata niepodległego bytu, istnieją zatem warunki na prowadzenie względnie samodzielnej polityki (na ile wykorzystana to odrębna sprawa), co nie znaczy, że sytuacja nie ulegnie w przyszłości zmianie na naszą niekorzyść. Dlatego musimy się przygotować. Wykształcić w sobie polityczne myślenie.

Punktem wyjścia jest refleksja dotycząca naszej historii. Fałszywa historia jest bowiem mistrzynią fałszywej polityki.

Zbigniew Wyrębski

Miesięcznik Szturm

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *