Morda nie szklanka, nie zbije się…

Morda nie szklanka, nie zbije się…

W wieku 11 lat hasło, które najbardziej mi zaimponowało w szkolnym gronie rówieśników w żaden sposób nie wskazywało drogi, która mogła by mnie przyprowadzić do miejsca, w którym dzisiaj jestem. Pamiętam jak dziś, gdy kolega z o rok starszej klasy, patrząc z groźną miną w oczy innego wycedził poważnym głosem „morda nie szklanka, nie zbije się” jednoznacznie wskazując, że jest gotów do bójki. Choć z perspektywy czasu cała sytuacja wydaje się brzmieć komicznie, to jednak w tamtym momencie widziałem coś, co ukształtowało w znacznej mierze mój charakter i pozwoliło obrać w życiu tę trudniejszą drogę na którą decydują się tylko nieliczni.

Mniej więcej w tym samym czasie (końcem podstawówki) miało miejsce inne zdarzenie, które pozwoliło mi ukształtować charakter i skierować swoje życie w kierunku nacjonalizmu, choć wówczas jeszcze nie miałem o tym pojęcia. Wychowując się w czasach, gdy komputer był rzadkością w rodzinie dla której wydatek na taki gadżet wydawał się abstrakcyjną kwotą, poszukiwałem zajęć, które pozwoliłyby mi spędzić czas w ciekawy sposób. Brak komputera, Internetu i perspektyw na jakieś ciekawe zajęcia sprawiał, że wyobraźnia stawała się moim najlepszym przyjacielem zaraz po zabawach w fantazyjnych krainach, które budowaliśmy z kolegami z sąsiedztwa przy pomocy patykowatych mieczy i łuków. Zarówno jednak zabawa w fantastycznych światach z rówieśnikami, jak i sama wyobraźnia, domagały się paliwa, którego zacząłem im dostarczać w postaci kolejnych przeczytanych tomów. Już wtedy nieodłączną cechą mojego charakteru był uparty nonkonformizm i nie mogły wystarczyć mi lektury szkolne, ani książki, którymi fascynowały się inne dzieciaki z podstawówki (a już wtedy nie było ich wiele!). Słysząc, że jest taka książka, którą czyta się dopiero w gimnazjum i która jest nudna jak flaki z olejem oraz pełna łaciny i generalnie nie dla normalnych ludzi (no chyba że streszczenie), odebrałem to niczym wyzwanie. Znalazłem w miejskiej bibliotece (w szkolnej bibliotece naszej podstawówki jej nie było!) opasłe tomiszcze Quo Vadis i zabrałem się do lektury. Jak dziś pamiętam mękę przez pierwsze pięćdziesiąt stron. Było tam mnóstwo łacińskich zwrotów z niewielkimi tylko odnośnikami do słownika na końcu książki i co trzy linijki trzeba było szukać pozycji słowniczka na końcu książki, a dopiero później wracać do tekstu i kontynuować czytanie. Gdyby nie to, że łatwo się nie poddaję przeciwnościom, a traktowałem to jako wyzwanie, to już dawno bym odpuścił, ale moją wadą (lub zaletą) jest to, że trudno mi jest odpuścić, gdy sobie coś raz postanowię. Wówczas okazało się to jedną z najwspanialszych wad na jakie mógłby narzekać chłopiec, bo po pierwszych 50 stronach, nowe łacińskie zwroty pojawiały się coraz rzadziej, a akcja zaczynała przybierać tempa i autentycznie pióro Sienkiewicza pochłonęło tego 12-latka bez reszty.


Uważny czytelnik powinien mieć dość poważny dysonans poznawczy próbując połączyć chłopca, któremu imponuje „morda nie szklanka, nie zbije się” i chłopca, który zafascynowany pochłania Quo Vadis, jednak w istocie nie ma w tym absolutnie nic dziwnego. Szkolne środowisko, w którym się wychowałem, zawsze przypominało stado orangutanów, gdzie tworzyła się hierarchia. Zawsze był jakiś „lamus”, zawsze był jakiś ”kapuś/konfident (to hasło raczej bliżej końca podstawówki)”, zawsze też był jakiś zły małpolud, który trząsł strachem całą hierarchią. Rzecz jasna z perspektywy czasu nie traktuję tego mechanizmu jako czegoś złego, zdaje się, że Władca much świetnie prezentuję jak bardzo naturalność dzieciaków jest równoznaczna z ich bezwzględnością. Ja miałem to szczęście, że wychowany w rodzinie zarówno ze starszym jak i młodszym bratem, miałem nie raz okazję do bójki (ze starszym przegrywałem, ale proszę sobie nie wyobrażać, że mnie to przed czymś powstrzymywało) i w szkolnym starciu z gorylami potrafiłem postawić się największemu z nich i zyskać spokój. Choć nonkonformizm sprawiał, że nie wędrowałem po szkole ze stadem drapieżników gnębiących osoby położone niżej w hierarchii, to jednak bardzo rzadko sam byłem narażony na konfrontację, bo nauczyłem się ją wyprzedzać zawczasu. Taka „szkoła życia” już od początku podstawówki nauczyła mnie tego, że mężczyzna musi potrafić walczyć oraz wykazać się odwagą, by nie stać się pokarmem dla mniej obdarzonych rozumem, ale bardziej obdarzonych agresją osobników.


Zamiłowanie do czytania doprowadziło tamtego chłopca do Quo Vadis i choć moje środowisko było dalekie do tego, by móc z kimś porozmawiać na temat lektury, to jednak ja już wtedy byłem pod takim wrażeniem lektury, że nie potrzebowałem kompanów do rozmowy, by zrozumieć doniosłość przesłania lektury. Do dziś szczerze zęby w uśmiechu na myśl, że byłem chyba jedynym dzieckiem w Polsce, które w wieku 12 lat zastanawiało się jak by to było zostać męczennikiem i móc dać absolutny wyraz odwagi w chwili próby.
Owszem nie miało to wiele wspólnego z prawdziwą wiarą, która jest poparta pełnym zrozumieniem tego czym jest życie w swej istocie i nie czułem wagi tego, jak trudna byłaby to decyzja. Co ważniejsze jednak w tamtym czasie ta wiara i przekonania były dla mnie czymś czystym i prawdziwym, bez wątpliwości umysłu wyostrzonego warsztatem filozoficznym i zmiękczonego przez wszechobecną propagandę. Wówczas mój świat był ograniczony do szkoły, podwórka i treści książek, które stanowiły dla mnie ówczesny substytut Internetu – były oknem na świat.
Po co przytaczam te wszystkie anegdoty i do czego to wszystko zmierza? Otóż żeby zrozumieć pewien wniosek, który w oparciu o obserwację świata wyciągnąłem, jako dorosły i świadomy swoich wad oraz swojej historii człowiek, musiałem przedstawić kontekst, który mój umysł doprowadził do jednego bardzo ważnego wniosku.
Od lat nie mam najlepszej relacji z Bogiem i zdaje sobie sprawę, że wymaga ona ode mnie wiele pracy. Mam sobie pod względem wiary i sumienia bardzo wiele do zarzucenia, a piszę o tym, tylko po to, by przypadkiem nie być odbieranym jako ideologiczny demagog. Ten tekst nie jest pisany pod tezę ani nie przedstawia żadnego programu ideologicznego, nie tłumaczy teorii ani nie jest próbą wyjaśnienia jakiegoś zjawiska politycznego. Jest to raczej zwykła próba dokonania refleksji przeciętnego człowieka, o nieprzeciętnych poglądach, na temat źródła zjawisk społecznych, które obserwujemy zarówno na naszym podwórku zalanym masowymi protestami, jak i na globalne ruchy oraz kierunki w które prowadzą zdarzenia dziejące się w różnych rejonach świata.


W myśl herbertowskiego wezwania postanowiłem wrócić do źródeł, by poszukać tego centralnego punktu, w którym mój charakter odbiega od tego, co prezentuje sobą dziś mój przeciętny równolatek. Doszedłem do wniosku, że istota mojego charakteru, która kazała mi wstąpić na ścieżkę nacjonalizmu nie leży w rozsądku, inteligencji, sprawiedliwości czy poprawności oferowanych przez Ideę rozwiązań. Istotą jest kwestia tego, że dzięki młodzieńczej fascynacji męczeństwem zrozumiałem, że w życiu człowieka są momenty w których należy za swoje czyny, wiarę lub słowa zapłacić najwyższą cenę i utworzyło to w młodym człowieku, którym wówczas byłem – charakter. Mam na myśli charakter w rozumieniu księdza Mariana Pierożyńskiego, czyli jakaś część osobowości, która jest ściśle określona przez jakieś nasze wewnętrzne i nieprzekraczalne granice, tworzące w istocie zręby naszej osoby.
Te granice, które uważam, że wówczas końcem podstawówki utworzyły zręby mojego charakteru, nie są przykładem „dobrego charakteru”, „szlachetnego charakteru” ani nie powinny być traktowane jako wzór do naśladowania. Istotny jest jednak sam fakt utworzenia tych granic, ponieważ współczesny człowiek stracił skarb jakim jest charakter. Nadal mamy nawyki, temperament, sposoby reagowania na określone sytuacje, czy też utarte schematy myślowe, które składają się na taki kształt naszej osoby, jaki jest doskonale znany ludziom z naszego bezpośredniego otoczenia. Charakter jednak jest wyznaczany przez takie granice, których jesteśmy w stanie bronić kosztem przelanej krwi, znoszonego upokorzenia, cierpień fizycznych, a nawet tortur.


Obecnie świat wyraźnie zmierza w stronę, która doprowadzi go do zguby jeśli w odpowiednim momencie trendy polityczne nie odwrócą się o 180* i nie zaczną kierować się w stronę drugiego bieguna politycznego kontinuum. Ja jako nic nieznacząca jednostka często podejmuję się prób refleksji nad tym jaka jest moja rola w tym globalnym procesie. Stale się waham pomiędzy wyrzeczeniami dla Idei, a jej zupełnym porzuceniem jako skazanej na porażkę, którą my tylko nieznacznie odwlekamy. Wówczas jednak przypomina o sobie 11-latek obracający kolejną stronę Quo Vadis, który za żadne skarby nie zgodzi się poddać niewygodom i przypomina o tym, że męczeństwo jest ostatecznym dowodem naszego charakteru i naszej osobowości oraz wartości.
Jeśli chcemy żeby takie nic nieznaczące pojedyncze kamyki jak my miały szansę na odwrócenie tego lotu w przepaść, dokąd zmierzamy nieuchronnie, to musimy skupić się właśnie na tym by pomóc młodym ludziom odzyskać charaktery, a później dusze. Nie mówię tutaj jednak o tym, by próbować przekonać przekonanych, co robimy regularnie przez teksty czy felietony takie jak ten. Chodzi mi raczej o to, żeby do typowych czarnoprotestowych „Oskarków” i „Julek” podejść nie z niewątpliwie kuszącej pozycji porządnego buta, ale potraktować ich jako osoby pokrzywdzone przez system, który nie pozwala im wykształcić jakiegokolwiek charakteru.
Czemu uważam, że powinniśmy taką niemożliwą misję wziąć na swoje barki? Dla uważnego czytelnika powinno to być jasne, bo całość tekstu nieuchronnie prowadziła do tego momentu. Otóż dwa zdarzenia, które wspomniałem na początku nie były moją zasługą i być może gdyby nie te właśnie zdarzenia, ja też byłbym głową w morzu Julek i Oskarków. Skoro otrzymałem dar, jakim był splot zdarzeń, który obudził we mnie strukturę osobowości nazywaną charakterem, to uważam, że mam niejako obowiązek, by próbować pomagać osobom, które tyle szczęścia w życiu nie miały. A czemu uważam, że warto podjąć się kolejnej walki z wiatrakami nie wiedząc do końca ani w jaki sposób ją prowadzić, ani czy ma ona szanse powodzenia? Pamiętacie tego jedenastolatka przewracającego kolejne strony Quo Vadis?

Jerzy Frodsom

portal Kierunki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *