Nie tylko endecja

Nie tylko endecja

Pytania o przyszłość nacjonalizmu często wiążą się z zagadnieniem stosunku do jego przeszłości. Widać to szczególnie dobrze w przypadku polskiego ruchu narodowego – dość jednoznacznie identyfikowanego z jednym, choć wielonurtowym, ruchem politycznym. Czy historia narodowej demokracji i jej narodowo-radykalnych odprysków stanowi dziś jedynie wartość pozytywną? Czy też może należałoby spojrzeć na to dziedzictwo bardziej krytycznie?

Polemiki dotyczące recepcji dawnej myśli we współczesnych warunkach zawsze miały miejsce, należałoby mieć jednak wątpliwości co do ich wartości. Spory te bowiem są na ogół niezbyt owocne. Dyskusja trwa, ale nie posuwa się naprzód. Niewiele jest twórczych głosów na temat tego, jak winniśmy odnosić się do dziedzictwa dawnego ruchu narodowego. Oczywiście, często spotkamy się z opiniami, że choć dawna endecja stanowi główny drogowskaz, to w dzisiejszych czasach nie należy podchodzić do myśli narodowej bezkrytycznie. Tyle tylko, że niewiele za tym stwierdzeniem idzie. Najczęściej i tak kończy się na cytatach z Dmowskiego, bo czym innym mało kto się interesuje. Z drugiej strony, można nieraz spotkać się z dziecinną manierą negowania wszystkiego co endeckie, dokonywanego z pozycji „nowoczesnego nacjonalizmu” – niepodpartego na ogół elementarną wiedzą (znowu!) o tym, czym endecja była.

W toczących się w ostatnich latach dysputach znajdziemy oczywiście pewne pozytywne symptomy. Wydaje się, że wyzwoliliśmy się z powszechnego dekadę temu autentycznego antykwaryzmu – szukania odpowiedzi na każde pytanie w dziełach sprzed 100 lat. Naszym zdaniem trzeba jednak pójść krok dalej. Trzeba, bo przecież wciąż stosunek do historycznego dziedzictwa endecji jako całości naznaczony jest mitologizacją, często zwyczajnie nieuprawnioną.

Skutki bywają niebezpieczne. I to nie dlatego nawet, że złe są mity – ów temat zresztą podejmiemy nieco później. Chodzi o to, że zwracając się ku wyidealizowanemu obrazowi jednego z dawno istniejących ruchów politycznych, odwracamy się od przyszłości naszego własnego ruchu. Idealizując narodową demokrację jako całość, przypisując jej wszystko co dobre i negując jednocześnie zgubne oblicze niektórych aspektów jej funkcjonowania, stawiamy sobie złe wzorce. Czynimy się więźniami poglądów błędnych, a nawet szkodliwych – w łonie endecji i takie momentami funkcjonowały, a czasem nawet dominowały.   

W poniższym artykule będziemy niektóre z tych wątków przypominać – i krytykować. Uważamy, że mamy do tego prawo. Wręcz czujemy się do tego zobowiązani, skoro chcemy by ruch narodowy był tym, czym być powinien. Naczelnym priorytetem nacjonalizmu jest bowiem dążenie do unarodowienia społeczeństwa i realizacji interesów tejże wspólnoty – nie kultywowanie tej czy innej tradycji. Nawet najbardziej zasłużonej. Nacjonalizm nie istnieje po to by palić ognisko na ołtarzu dawnych haseł i symboli, a po to by służyć możliwie najwydajniej swojemu narodowi. To wymusza pragmatyzm i stałe poszukiwanie dróg.

Nie ma tu zresztą mowy o frontalnym ataku na endecję. Nie leży to w naszych intencjach – z endecji się wywodzimy, to ona kształtowała nasze postrzeganie świata. Czujemy się z nią związani nawet emocjonalnie. Nie wstydzimy się korzeni, ani od nich nie odcinamy. Nie wynika nasza postawa z dążenia do usilnego poszukiwania nowości czy ekstrawagancji – jak pewnie będą twierdzić niektórzy.

Wierzymy, że w interesie ruchu jest postawienie pewnych spraw jasno. Co więcej, jesteśmy przekonani, że sam Dmowski by od naszego pokolenia takiej postawy wymagał. Wiemy doskonale, że potrafił on nieraz rewidować swoje poglądy. Rewidować, czyli uznać, że poprzednie były niewłaściwe, ewentualnie, że zmieniła się sytuacja i wcześniejsze założenia należy odrzucić. Dmowski był zdolny modyfikować założenia ruchu, z którego wyrastał. Ruchu demokracji polskiej, mającego długą i wielką historię, którą – na pewnych polach – podeptał bez skrupułów. Temu odcięciu zawdzięczamy nową jakość – nowoczesny wówczas nacjonalistyczny ruch polityczny, który przyniósł polskości wiele osiągnięć. Stało się tak, bo myśl tego człowieka była ciągle żywa, ewoluowała wobec zmian środowiska zewnętrznego, wobec napływu nowych danych i bodźców z zewnątrz. I to poniekąd – obok głębi ujęcia samego nacjonalizmu – jest w niej najbardziej inspirujące.

Dawny ruch narodowy pozostaje więc bardzo istotnym źródłem natchnienia. Być może wciąż najistotniejszym, niemniej jednak chcemy tu poczynić dwa zastrzeżenia:

1) Nie mamy do niego stosunku bezrefleksyjnego, bezkrytycznego. Bezmyślne przywiązanie do starego jest sprzeczne z dążeniem do realizacji celów w przyszłości. Uważamy przeto, że należy dokonać gradacji różnych nurtów myśli narodowej – ocenić, które jej wątki są ponadczasowe, które były wartościowe dawniej, ale dziś są przebrzmiałe, a które były błędne już w samym momencie ich formułowania (!).

2) Nie szukamy natchnienia tylko w tym nurcie. To świadczyłoby o zaślepieniu. Żaden ruch nie ma monopolu na prawdę. Tym bardziej nie będzie go miał ruch opierający całe swoje jestestwo na odwołaniach do formacji powstałej półtora wieku wcześniej, w zupełnie innych warunkach.

W oparciu o te dwie wytyczne, postaramy się zastanowić nad pytaniem o źródła inspiracji dla ruchu narodowego w przyszłości. Jego rdzeń z pewnością stanowić środowiska wywodzące się z tradycji endeckiej, bo to one w swojej masie najsilniej – mimo wszystko – poczuwają się do nacjonalistycznego światopoglądu, najmocniej swą więź z narodem przemyślały. Nie powinien to jednak być ruch epigoństwa, jaki widzieliśmy przez ostatnich 30 lat.

Czy endecja jest ponadczasowa?

Truizmem jest stwierdzenie bardzo dużej rozpiętości poglądów w łonie historycznego ruchu narodowego. Jak wiemy, znaczące różnice przekonań zachodziły pomiędzy narodowcami różnych generacji i frakcji w tak istotnych sprawach jak ekonomia, ustrój, polityka zagraniczna, stosunek do Kościoła czy do zagadnień mniejszości narodowych. Rzadziej dostrzegane, a niemniej istotne wydają się rozbieżności w podejściu do polskich cech narodowych, polskiej historii i spraw takich jak postęp czy modernizacja. A znajdziemy tu postawy zarówno reakcyjne, gloryfikujące narodową przeszłość, jak i progresywne, de facto krytyczne wobec tradycyjnie ujętej polskości. Poniekąd nawet sam nacjonalizm trudno jest rozpatrywać w kategoriach dogmatu łączącego wszystkich działaczy i ideologów endecji, skoro zmieniał się sposób definiowania narodu, a i sam naród z czasem ustąpił pierwszeństwa Bogu, a nawet – u niektórych „młodych” – wspólnocie religijno-cywilizacyjnej.

Nie powinno w tym kontekście dziwić, że w latach 30. niektórzy „starzy” woleli związać się z demoliberalnym Frontem Morges niż z coraz mocniej zdominowanym przez „młodych” ruchem albo że pośród samych „młodych” pojawiały się wizje współpracy z nacjonalistycznymi odłamami sanacji, ponad dawnymi, już wówczas nieaktualnymi podziałami. Biorąc to pod uwagę, absurdem trącą próby szantażu dokonywane nieraz w imię zgodności z przedwojenną linią ruchu narodowego. Taka de facto nie istniała tudzież istniało ich wiele – w zależności od frakcji ruchu.

Już sam fakt tak dużej różnorodności często sprzecznych wobec siebie przekonań zmusza do konstatacji, że pośród nich – obok tych, które mogły zachować aktualność – znajdziemy poglądy błędne. Takie, których podtrzymywanie i wpajanie zarówno społeczeństwu, jak i aktywowi uznać trzeba za szkodliwe. Istotnym jest dostrzeżenie różnic między priorytetami, wynikającymi bezpośrednio z samej idei, a poglądami na sprawy doraźne. Te drugie powinny być – o ile realia tego wymagają – odrzucane bez sentymentów.

Ponadto, zauważmy, że wiele poglądów endeków w różnych czasach było wypadkową działania specyficznych, czasem niepowtarzalnych czynników. Należy trzeźwo przyjąć że jednak nie zawsze, nie za każdym razem to narodowcy umieli prawidłowo odczytać i zinterpretować te czynniki, po czym odpowiednio ustosunkować się do nich. Nawet największy z endeków, Dmowski wielokrotnie błądził. Słowa „wielokrotnie” użyto tu nieprzypadkowo – polityk, a zarazem ideolog, aktywny (na obu polach) przez kilkadziesiąt lat siłą rzeczy zbłądzi wielokrotnie. To nieuniknione i nie może stanowić zarzutu – nie ma jednak powodu by wmawiać sobie, że Dmowski miał rację tam, gdzie jej nie miał. I tak błądził lider endecji np. w swoich diagnozach ekonomicznych w latach 30. czy w ocenie trwałości komunizmu w Rosji.

Nijak nie zmienia to faktu, że historyczny lider endecji był gigantem polskiej myśli politycznej. W swoim najbardziej znanym dziele w sposób jak dotąd najdoskonalszy opisał pożądany stosunek jednostki do narodu i obowiązków względem niego. Z kolei „Polityka polska i odbudowanie państwa”, jakkolwiek jednostronna (co należy zrozumieć), stanowi być może najlepszą w polskiej publicystyce szkołę realizmu i myślenia o polityce. Samo to czyni Dmowskiego myślicielem wyjątkowym, ale przecież nie bogiem. Dmowski nie jest zresztą całym obozem narodowym, ponad który na ogół bardzo wysoko wyrastał. Wydaje się, że warto, by środowisko narodowe podeszło bardziej po ludzku do klasyków myśli narodowej. To nie byli ludzie nieomylni, mieli prawo nie mieć racji. Byli wśród nich myśliciele wybitni, ale też i mniej przenikliwi. Dziś mamy wręcz obowiązek oceniać i wartościować, gdzie mieli rację, a gdzie nie.

Czy zawsze należy bronić endeków?

Jak zauważono, mówiąc o błędach endecji nie sposób ograniczyć się jedynie do wytknięcia momentów, kiedy źle oceniono sytuację, podjęto złe środki taktyczne. Niektóre z wypaczeń mają charakter znacznie głębszy, wynikają z mentalności, jaka na pewnych etapach w środowiskach endeckich zaistniała. Da się to zobrazować na konkretnych przykładach.

I tak, nie jest prawdą, że endecja zawsze potrafiła postawić interes państwa i narodu ponad partykularnymi interesami partii. Niestety, narodowcy często nie wyróżniali się w tym zakresie na tle innych partii, w czym da się nieraz zauważyć wyraźne objawy zainfekowania najbardziej niskim politykierstwem. Dobrym przykładem jest sprawa konstytucji marcowej – dokumentu, który na kilka lat wykoślawił życie państwa polskiego, fundując mu bezład „sejmokracji”. Jej absurdalne zapisy ograniczające kompetencje władzy wykonawczej przeforsowano w imię interesu partyjnego, ale przyczyna leżała głębiej. Tzw. stara endecja (nie mylić z wczesną endecją Popławskiego, Balickiego, Dmowskiego itd.) stanowi przykład nacjonalizmu w pewnej mierze demoliberalnego, akceptującego przeróżne patologie przemijającego wówczas – jak się wydawało – systemu. Prowadziło to do swego rodzaju upadku myślenia państwowego, instynktu zdrowo pojętego dążenia do władzy, które musi być jednym z celów każdego nacjonalizmu. Powiedzmy to jasno – endecy nie umieli wziąć odpowiedzialności za rządy Rzeczpospolitą, nie chcieli władzy. W 1939 roku Olgierd Szpakowski na łamach „Wielkiej Polski” stawiał tezę, że ruch narodowy nie sięgnął po władzę nie dlatego, że nie mógł, ale dlatego, że nie był do niej przygotowany, „nie wykazał nigdy zdolności rządzenia się nawet wewnątrz własnej organizacji”. Wydaje się, że sam Dmowski miał tu pewną słabość – co potwierdza przebieg jego kariery jako ministra spraw zagranicznych a nawet wcześniej posła. Także w kolejnych latach, już w czasach sanacji, „młodzi” narodowcy nie umieli wyjść poza antysystemową retorykę, za którą w zasadzie nic nie szło. Endecja nie miała żadnej wizji przejęcia władzy – bo za takową trudno uznawać twierdzenia o „formowaniu” kadr (co bynajmniej narodowców nie wyróżniało na tle innych ruchów). Zauważmy przy tym, że dwudziestolecie międzywojenne to – wbrew popularnej w ruchu legendzie – raczej okres zmniejszania się wpływów endecji w społeczeństwie (wyjąwszy ośrodki akademickie). Podobnie tłumaczenie tego wszystkiego groźbą interwencji sąsiadów jest bardzo wygodnym, ale zupełnie nieprzekonującym. Ruchowi narodowemu brakło tego, co miał Piłsudski i jego ludzie – woli rządzenia i przewodzenia państwu, narzucania mu swojego kursu. Nie dziwi, że w różnych nawet epokach co bardziej energiczne, buntujące się odłamy endecji – od „Zarzewia” po ZMN i RNR – szybko zaczynały ciążyć właśnie ku obozowi, który miał w sobie więcej witalności.

Jakkolwiek ruch narodowy powstawał jako formacja walcząca z tradycyjnym polskim kwietyzmem, z polską ospałością i lubowaniem się w wegetacji, wydaje się, że z czasem zaczął tym tendencjom ulegać. Dzieje endecji można streścić w metaforze starcia pomiędzy duchem modernizacji i statyzmu, duchem wspomnień po sielance dworku szlacheckiego a duchem radykalizmu społecznego, duchem  przebudowy charakteru narodowego a bezmyślną czasem gloryfikacją narodowej przeszłości. Notabene dlatego znacznie bliżej do twórczej wczesnej endecji modernizatorom z RNR niż reakcjonistom z ABC i (większości) „młodego” SN. Kiedy ci drudzy szukali rozwiązań w zamierzchłych wiekach, ci pierwsi – powołując się na metody adekwatne dla swoich czasów – chcieli budować nowoczesną Polskę, „tworzyć” nowoczesnych Polaków – wolnych od dawnych wad. Mimo, że wiele wątków podejmowanych przez bepistów budzi dziś opór, to powiedzmy jasno, że program wyłożony w „Myślach nowoczesnego Polaka” wzięli sobie oni do serca bardziej niż ich starsi koledzy. I również dziś narodowcy powinni te sprawy przemyśleć na nowo.

Wydaje się, że drogowskaz dla jest jasny. Sama endecja powstawała w ogniu dyskusji nad tym, czym ma być nowa Polska, a nie w duchu ciągłego tkwienia w analizie programów partii sprzed kilkudziesięciu lat. Od tradycji Towarzystwa Demokratycznego Polskiego, z których w sposób oczywisty wyrastała, potrafiła się odciąć. Właśnie dlatego, że w nowych warunkach uznała za konieczne wypracowanie zupełnie nowych rozwiązań. A pamiętajmy, że (wyjąwszy etniczny sposób definiowania narodu) podstawowe elementy myśli narodowej, włącznie z tym co nazwano potem wszechpolskością, istniały w nurcie demokratycznej myśli już znacznie wcześniej. 

Naszym zdaniem, uprawnionym jest więc sąd, że z czasem endecja zgnuśniała. Zarzuciła poszukiwanie nowego na rzecz tradycjonalizmu, i to w złym tego słowa znaczeniu. Wiązało się to w dużej mierze ze zmianą bazy społecznej, o którą była oparta. Z ugrupowania radykalnej inteligencji stawała się ostoją sił konserwatywnych, opartych o burżuazję, ziemiaństwo. To determinowało skrajny legalizm, niechęć do przemian, których to pokłosie widzieliśmy w konserwatywno-liberalnych posunięciach ZLN przed 1926 r.

W zasadzie z różnych „prawicowych” – choć innej natury – przesądów często nie potrafili się uwolnić również „młodzi”. Przykładowo, trudno bronić wielu poglądów głównego ekonomisty „młodych” Adama Doboszyńskiego, którego neofeudalne koncepcje dekoncentracji przemysłu uczyniłby z Polskę skansen. I to w państwie wciśniętym pomiędzy dwa totalitarne, industrializujące się na potęgę mocarstwa. Nawet przesłanie moralne płynące z dzieł Doboszyńskiego nie czyni ich – wobec utopijności założeń – dobrymi drogowskazami na dziś.

Jeszcze bardziej absurdalne – i jakże wymowne – były poglądy niektórych „młodych” na historię Polski i Europy. Zdarzały się tu nie tylko sprowadzanie tak złożonych zagadnień jak wysiłki reformatorów z Konstytucją 3 Maja włącznie (Doboszyński) czy powstań narodowych (Giertych, Gluziński) do machinacji masońskich, ale nawet apoteoza czasów saskich – tylko dlatego, że zdominował je katolicyzm. Trudno się tu nie dopatrywać czegoś więcej niż tylko błędnego spojrzenia na to czy inne wydarzenie z historii – gdyby tak było, można byłoby przejść do porządku dziennego nad faktem nietrafionego opisu danego zjawiska. Można w tym widzieć zainfekowanie jakąś spaczoną formą reakcjonizmu, połączoną z silną wiarą w teorie spiskowe. Mamy tu bowiem do czynienia z przejawami pewnego rysu psychicznego – obsesyjnego szukania odpowiedzi na każde pytanie w spiskach żydo-masońskich, wymierzonych zawsze przeciw Bogu, Polsce, i ostatecznie samemu obozowi narodowemu. Ten syndrom oblężonej twierdzy – tak charakterystyczny dla ruchu narodowego w niektórych okresach – nie tylko zaszczepia aktywowi fatalizm, niszcząc twórcze instynkty, ale i wypacza myślenie o świecie. Przesłania wszelkie mechanizmy rządzące procesami politycznymi i społecznymi na przestrzeni dziejów, wszystko sprowadzając do czynnika, który z pewnością kołem zamachowym historii nie był. W publicystyce niektórych autorów uznawanych za kanonicznych znajdziemy wynurzenia, które formułowane dziś budziłyby uśmiech politowania jako „oszołomskie” – nie ma najmniejszych powodów by dalej otaczać je niezasłużoną czcią. Dokonać krytyki i odrzucić brednie – tego wymaga nacjonalizm. Nie tego by wierzyć w iluzje tworzone przez dawno minione pokolenia nacjonalistów.

Wyboru należałoby dokonać również w zakresie wcześniej wspominanych zagadnień. Na wielu z tych pól pozytywnie wypadają środowisk ZMN i RNR – których ideolodzy rozumieli ducha czasów, szukali koncepcji stawiających sobie za cel przekształcać ducha narodu, budzić w nim instynkty twórcze, zaprząc państwo do tego dzieła. I nie ma najmniejszego znaczenia to, że jakaś idea popierana była w niewielkich frakcjach ruchu narodowego. Mała popularność nie jest argumentem na rzecz bądź przeciw słuszności danej tezy, co widzimy także dziś. W dziedzictwie ruchu narodowego należy wynajdywać te wątki, na których możemy budować coś pożytecznego obecnie i w przyszłości – niekoniecznie te, które dominowały. Nie ma znaczenia, że idee dekoncentracji przemysłu czy obsesyjne teorie spiskowe były swego czasu popularne w łonie ruchu narodowego. Skoro były błędne, należy z nich zrezygnować. Nie zaliczają się one wszak do rdzenia idei nacjonalistycznej – tak w ujęciu ogólnym, jak i tym, które chcemy wyznawać my.

Reasumując, pośród wątków idei narodowej należy dokonać gradacji, wybrać to co ponadczasowe, odrzucić to co nie spełnia tego warunku. Z drugiej strony, w świetle tych założeń, nie ma najmniejszych powodów by nie czerpać inspiracji z myśli nurtów innych niż endecja. Tak zagranicznych, jak i polskich.

Obce wzorce

Za punkt wyjścia przyjmijmy konstatację, że może być tak, iż ruch nacjonalistyczny w rzeczywistości nie wypełnia interesów narodu, myli się w swoich ocenach, jest dla interesu narodowego szkodliwy – a ruchy, które za nacjonalistyczne się nie podają albo nawet po prostu nimi nie są, w działaniach i koncepcjach lepiej realizują interesy narodowe. To, że odwołujemy się do zasłużonego ruchu nie znaczy, że bez nas nie będzie Polski. Skoro więc endecja nie miała monopolu na prawdę, skoro nieraz bardziej zasadne poglądy i idee pojawiały się w łonie innych obozów politycznych, w imię czego z nich dziś nie korzystać?

Przecież zapożyczenia z innych nurtów a nawet krajów były w narodowej myśli stale obecne. Sięgając do źródeł nacjonalizmu, zauważmy, że inspiracje zachodnie w XVIII wieku umożliwiły odrodzenie narodu polskiego. Polska myśl polityczna zawsze kształtowała się w kontakcie z europejską, i nie ma w tym nic nienaturalnego. Jak dowodził Andrzej Walicki, idea narodowa polskiego oświecenia czerpała z francuskiej nie mniej niż z własnych, sarmackich tradycji.

Notabene również sama endecja często inspirowała się innymi nurtami, choć rzadko się do tego przyznawano. To ostatnie dziwić to nie powinno – w końcu nacjonalista intuicyjnie stawia na wzorce rodzime i trudno się w takiej sytuacji afiszować z obcymi zapożyczeniami. W ogólnym jednak zarysie, przykładowo, formacja intelektualna „młodych” w dużej mierze opierała się o wątki mające źródła pozaendeckie. Inspiracje katolickie, fascynacja średniowieczem, inklinacje faszystowskie, romantyczny misjonizm – poza etnicznym nacjonalizmem niemal wszystko co zdominowało światopogląd młodego pokolenia, co stanowiło o specyfice ruchu narodowego lat 30., zostało zapożyczone z zewnątrz, z nurtów, które nie tkwiły korzeniami w narodowej demokracji. Nawet idea militaryzacji polityki została zaczerpnięta m.in. od piłsudczyków, co potrafili przyznać Marian Reutt, Jan Mosdorf, a pośrednio nawet (i to krytycznie) Dmowski. Wcześniej bowiem w endecji, co najmniej od śmierci Zygmunta Balickiego, który zabrał ze sobą do grobu swoją koncepcję „obywatela-żołnierza”, tematyka wojskowa budziła małe zainteresowanie. Gdyby nie pewna otwartość na pomysły z zewnątrz, to i na inspiracje z katolickiej nauki społecznej, tak popularnej pośród „młodych” nie byłoby popytu. Nie trzeba zapewne objaśniać, że u swego zarania endecja była nurtem laickim, traktującym katolicyzm przedmiotowo.

Nie będziemy w tym miejscu snuć wyczerpującej odpowiedzi na pytanie, czym jeszcze – poza endecją – winien się zainteresować współczesny narodowiec. Mogłoby tu oczywiście nastąpić wyliczanie nazwisk polskich i zagranicznych – o wielu przeczytamy w innych artykułach zamieszczonych w tym numerze. Tu zastanówmy się nad problematyką w sposób bardziej ogólny.

Jesteśmy przekonani, że nacjonalizm musi być zorientowany przede wszystkim na naród, a nie na ruchy czy organizacje. Dlatego też ocena danego zjawiska historycznego musi dokonywać się przez pryzmat zasług bądź szkód, jakie ono wyrządziło narodowi – a nie któremuś z nurtów politycznych. Powołujemy się często na historyczne zasługi endecji, uważając działania ruchu narodowego wręcz za oś XX-wiecznej historii Polski. A przecież elementarna uczciwość nakazuje dostrzec, że inne ruchy miewały zasługi na wielu płaszczyznach życia narodowego niemniejsze. Zapominamy o PPS czy ludowcach, w zakresie samych osiągnięć politycznych zapominamy, że sprawiedliwość należy się nawet ruchowi konserwatywnemu, który położył wydatne zasługi na rzecz organizacji państwa jeszcze w czasie I wojny światowej. Najbardziej jednak mocno – jak sygnalizowaliśmy już wcześniej – widać te mechanizmy na polu stosunku do Piłsudskiego i jego obozu. Dlatego też pochylmy się nad tym przykładem nieco dłużej.

Zacznijmy jednak od oczywistości. By uznać, że zasługi Piłsudskiego dla Polski są niepodważalne – także w zestawieniu z jego błędami – wystarczy nawet wiedza pobieżna. Jaki jest więc sens podtrzymywania czarnego mitu Piłsudskiego – wbrew faktom, wbrew rozumowi, wbrew nawet interesom samego ruchu narodowego? Nie byłoby może tak istotne to, że marszałek i jego ludzie mieli osiągnięcia, gdyby nie fakt, że z dorobku tej postaci i jej obozu da się wyciągnąć realne wzorce. I to takie, których w endecji jest niewiele. Bo przecież mit Piłsudskiego pełni dziś rolę jednoznacznie pozytywną. To nie tylko mit odradzania się państwa i sukcesów militarnych, realnych zasług, ale i mit silnej władzy, woli zdolnej kształtować rzeczywistość wbrew oporowi materii – jeden z niewielu takich w naszych dziejach. Piłsudski, najmocniejszy człowiek, jaki w ostatnich wiekach stanął na czele Polski, nie może być dalej mieszany z błotem na podstawie partyjnych żalów. Zapoznanie się z myślą niektórych piłsudczyków, na czele ze Skwarczyńskim, próbującym przelać na język myśli politycznej metodę działania swojego zwierzchnika, zmusza czasem do refleksji, które mogłyby przygnębić ortodoksyjnego endeka. Nie ma racji Rafał Ziemkiewicz, który ogłosił niedawno, że Piłsudski dosłownie niszczył polskość – on, przy wszystkich swoich wadach, reprezentował to czego polskości momentami najbardziej brakowało. Tak, Piłsudski bywał bardzo niepolski, ale to stanowi raczej wartość niż ujmę – o ile oczywiście nie stoczymy się, niczym niektórzy „młodzi” w opary bezmyślnej afirmacji tego, co dla naszego narodu typowe.

Ponadto, trwanie w tym – najistotniejszym dla endeckiej samoidentyfikacji partyjno-ideowej – sporze prowadzi do sekciarstwa. Nacjonalizm winien być ideą syntezy narodowej, a nie kontynuacją dawno przebrzmiałych sporów. Tak jak rozumny francuski nacjonalizm znajdzie w panteonie narodowym miejsce zarówno dla „patriotów roku II”, jak i wandejczyków, gdyż zarówno jedni, jak i drudzy walczyli o Francję, a ich spór jest dziś nieaktualny, tak polski winien stanąć na gruncie równorzędnych zasług Dmowskiego i Piłsudskiego. I co ważne, wielu wybitnych narodowców to dostrzegało, by wymienić obu Piaseckich, Mosdorfa czy Wasiutyńskiego. Część z nich doszła do ze wszech miar słusznej idei syntezy narodowo-państwowej, rozwijanej w latach 30. przez nurty takie Związek Młodych Narodowców.

Spychanie tego wątku w historii ruchu narodowego w niepamięć jest jednym z najlepszych dowodów niedojrzałości polskiego nacjonalizmu. ZMN to chyba najbardziej zapomniany nurt ruchu, a powinien być jednym z najszerzej zgłębianych,  ze względu na swą dojrzałość. To byli młodzi narodowcy, którzy dostali możliwość zetrzeć swoje radykalne i idealistyczne wyobrażenia z prozą uczestniczenia w sprawowaniu władzy, nie zatracając przy tym poglądów i zapału. Czyni to ich przemyślenia szczególnie wartościowymi. ZMN – przypomnijmy, że zakładany przez czołowych „młodych” – umiał wyjść poza bezpłodny model, jaki zaproponowało Stronnictwo Narodowe. Takich zapomnianych wątków w historii ruchu narodowego jest więcej – czy więc i w naszym oglądzie samej endecji nie należałoby dokonać znaczących korekt, inaczej rozkładać akcenty kiedy dokonujemy opisu jej dziejów?

Imponderabilia

Pytanie, co – skoro nie hołdowanie tradycji jednego z dawnych obozów – ma być punktem wyjścia dla formułowania szczegółowych założeń programowych. Rozważając zagadnienie zewnętrznych inspiracji i zapożyczeń należy jasno określić zasady, które stanowią rdzeń naszego światopoglądu. Swoiste dogmaty, przy których trwać chcemy niezależnie od czynników zewnętrznych. Podstawowym kryterium ich doboru musi być ich słuszność, a nie – jak staraliśmy się dowieść – źródło, z którego pochodzą.

Będą to swoiste imponderabilia, pod których kątem musimy rozpatrywać różne poglądy i koncepcje, tak dawne jak dzisiejsze. Siłą rzeczy, muszą być one formułowane ogólnie, bo świat stosunków międzyludzkich bywa tak bardzo zmienny, że ustalanie zbyt wielu dogmatów zwykle prowadzi na manowce. Z drugiej strony, na tym etapie nie możemy się ograniczać jedynie do banalnie brzmiących zdań o prymacie narodu. Możemy ustalić pewne konkrety.

Abstrahując od zastrzeżeń, jakie poczyniliśmy w stosunku do „młodych” lat 30., przyznajmy wszak, że to pokolenie ugruntowało – nie przypadek że idąc za samym Dmowskim – prymat dwóch pojęć, na których chcemy i dziś opierać swój światopogląd. Są to dwie wartości, z których wywodzimy kolejne, i których negacji nie dopuszczamy. To Bóg i naród – katolicyzm i nacjonalizm. Nie miejsce by się nad nimi szeroko pochylać – wobec wielości głosów, formułowanych na ten akurat temat również przez niżej podpisanego, byłoby to zbyteczne. Naród, jak dowodzi praktyka, jest i długo jeszcze będzie najsilniej oddziałującą na jednostkę wspólnotą – taką, w której może realizować swoje powinności wobec drugiego człowieka. Będąc świadomi postępującej sekularyzacji, wierzymy, że niewiele się od czasów Dmowskiego i Kwasieborskiego zmieniło w relacjach naród-katolicyzm. Obserwacja upadającego na naszych oczach Zachodu wiedzie niechybnie do wniosku, że dziś, i w przyszłości, zwalczanie religii narodu jest i będzie niszczeniem samego narodu. Ponadto, za stosowne wydaje nam się podkreślić, że z katolicyzmu wynikać musi też dostosowanie naszego rozumienia zagadnień politycznych do nauki Kościoła.

Dalej, z tych dwóch naczelnych wartości, wywnioskować można szereg postulatów, które – jak wiemy z doświadczeń poprzednich pokoleń – służą realizacji tych pierwszych. I tu już niekoniecznie polegać będziemy na intuicjach endeckich. Jakkolwiek są postulaty te są wobec Boga i narodu podrzędne, to trudno sobie wyobrazić rezygnację z nich, niezależnie od panujących warunków. Są to więc integralne składniki sposobu myślenia znacznej części młodzieży narodowej.

Dla realizacji interesów narodu ponad wszelką wątpliwość niezbędne jest funkcjonowanie silnej i sprawnej jego organizacji – niezależnego państwa narodowego. Nacjonalizm wymusza swoisty demokratyzm (nie liberalizm!) – oparcie władzy o bazę ludową, o czynnik woli powszechnej. Sprzeciwia się anachronicznym postulatom powrotu ludu do dawnej bierności, jakie formułował np. hiszpański karlizm – opiera się na zaktywizowanym, zorganizowanym, odpowiedzialnym społeczeństwie. Ten narodowy republikanizm, zakorzeniony w tradycjach Grecji i Rzymu, przedrozbiorowej polskiej myśli politycznej, wreszcie rewolucji francuskiej, nie może jednak przybrać wybujałych rozmiarów. Takie patologie widzieliśmy już nieraz na przestrzeni naszych dziejów. Zachodzi więc konieczność silnej władzy wykonawczej, konieczność apoteozy silnego państwa i dominującej roli jednostek najbardziej powołanych do rządzenia. Przydatne mogą tu być elitarystyczne koncepcje piłsudczyków i niektórych frakcji „młodych” oraz przykłady zachodnich nacjonalizmów szczególnie uwypuklających rolę państwa. Z pewnością główny nurt ruchu narodowego miał z tym pewien problem – najpierw obstając na pozycjach demoliberalnych, następnie bezradnie tkwiąc w opozycji, dał wyrobić w sobie instynkty typowe dla całego naszego narodu. Jak pisze Jarosław Tomasiewicz, silnie antytotalistyczne poglądy endeków miały źródło właśnie w opozycyjności wobec sanacyjnej dyktatury. I tu należałoby się zwrócić właśnie ku wzorcom myślenia państwowego, syntezy narodowo-państwowej z czasów II RP.

Koniecznością jest odrzucenie demoliberalnego paradygmatu. Tego, który każe nam myśleć o Polsce jedynie w kategoriach budowania jedynie jakiejś ulepszonej formy III RP. Nam chodzi o zmianę modelu myślenia, o wychowanie „nowoczesnych Polaków”, którzy będą odpowiedzialni za naród i państwo. Uznając dążenie do realizacji interesów narodowych za priorytet, nacjonalizm zakłada konieczność upowszechniania tego założenia wśród członków narodu, konieczność nasączania nim retoryki państwowej. Przydatny może być tu termin ideokracji, słusznie przypomniany niedawno przez Karola Kaźmierczaka. Państwo zbudowane na określonych ideach zawsze będzie sprawniejszym narzędziem realizacji interesów narodowych. Jak nauczał Carl Schmitt, liberalne przeświadczenie o konieczności oparcia państwa o kult sporu politycznego (któremu hołduje część polskiej prawicy) jest trudne do pogodzenia z zasadami narodowymi. Podobnie idea neutralności światopoglądowej państwa, w której każde poglądy tolerowane są na równi, w której wyrażona w głosowaniu wola zmanipulowanej większości jest istotniejsza niż obiektywnie istniejące interesy narodowe, stanowi szkodliwą utopię. Neutralność ta stanowi zresztą założenie nierespektowane również przez samych demoliberałów, co doskonale widzimy dziś na Zachodzie.

Naszym zdaniem, należy myśleć o Polsce przyszłości w kategoriach zorganizowanej struktury hołdującej określonym wartościom, prowadzonej świadomie przez ludzi mających jasne priorytety i intencje. Chcemy myśleć o państwie w kategoriach platońskich, co nie oznacza rezygnacji z realizmu. Nie tylko – co oczywiste – w zakresie podejmowanych środków, ale także elementarnej refleksji antropologicznej.

W zakresie stosunków społecznych priorytetem zarówno z katolickiego, jak i nacjonalistycznego punktu widzenia jest solidaryzm. Hasło to w dawnych czasach kojarzyło się z prawicą, bo było wymierzone w lewicowy postulat walki klas, dziś (równie błędnie) kojarzy się lewicą, gdyż uderza w libertariańskie aberracje – nieodmiennie z kolei służy budowie spójności organizmu narodowego. Nie ma nacjonalizm z góry danego programu ekonomicznego, jest on z zasady antydoktrynerski, bo i potrzeby narodu mogą zmieniać się w czasie. Trudno wszak wyobrazić sobie zarówno scenariusz, w którym państwo zaprzestaje swojej aktywności w dziele urządzenia gospodarczego kraju, jak i taki, w którym tłamsi inicjatywę prywatną, co musiałoby prowadzić do zaniku zdrowych instynktów jednostki. Antydoktrynerskie podejście wymusza więc próby poszukiwania jakiejś trzeciej drogi, form gospodarki mieszanej, choć i tu należy trzymać się z dala od różnych utopijnych scenariuszy, których wprowadzenie mogłoby przyczynić się do faktycznej stagnacji. Nie może nas bowiem interesować jedynie budowa idealnego modelu społeczno-ekonomicznego, w którym zapanuje sprawiedliwość, a prości ludzie nie będą wyzyskiwani. Utopijne wizje powrotu do średniowiecza należy – powtórzmy raz jeszcze – odłożyć do lamusa dziejów ruchu narodowego. Dla narodowca Polska musi być krajem, który rozwija się, nadrabia zapóźnienia cywilizacyjne, nie tylko po to by przeciętny Polak mógł kiedyś żyć dostatnie, ale również po to by Polska mogła zająć godne miejsce w gronie społeczności międzynarodowej. Nacjonalistyczna refleksja ekonomiczna nie może więc sprowadzać się wyłącznie do rozważań etycznych – musi harmonizować je z nastawieniem na wydajność, skuteczność, rozwój, modernizację. Naród, który nie prowadzi ekspansji – a w naszych czasach wyraża się ona głównie w ekspansji gospodarczej – nie rozwija się, obumiera. Polska potrzebuje postępu ekonomicznego, musi patrzeć w przyszłość. Zachowując szacunek dla tradycji narodowych, nie może być mowy o kulcie wstecznictwa, „saskich parchów”, jak to określał Brzozowski. Świadoma korzeni Polska winna być państwem dynamicznym, zwróconym ku nowoczesności. Co oczywiste, nie oznacza to walki z tradycją. Dziedzictwo tylu wieków Polski i Europy, na którym ufundowana jest nasza tożsamość, nie może być kwestionowane. Należałoby raczej na nowo przemyśleć idee rewolucji konserwatywnej – ruchu, który obie pozorne przeciwności potrafił łączyć chyba najsprawniej. Jak bowiem pisał Jünger, „tradycja to nie ustalona forma, ale żywy i wieczny duch, za którego manifestację odpowiedzialne jest każde pokolenie”.

Warto zwrócić uwagę także na wątek niemal nieobecny we współczesnych rozważaniach, a w przedwojennych zarysowany słabo, chyba nigdy pierwszoplanowy. Chodzi o rozwijanie potrzeby twórczości – idea narodowa musi budzić w człowieku wolę tworzenia. Z myślicieli nacjonalistycznych z pewnością najpełniej wyłożył ten problem Jan Stachniuk, do którego poglądów musimy czuć dystans, jednak nieuzasadnionym byłoby całkowite zamknięcie się na ten nurt. Skoro – jak wyczytamy we „Wczoraj i jutro” – rozumiał to gorliwy katolik Mosdorf, możemy rozumieć to i my.

Tak mógłby wyglądać punkt wyjścia, możliwy do przyjęcia przez ogół aktywu nacjonalistycznego. Na wielu polach dawno już dokonało się uszczegółowienie postulatów. Bowiem to konkretne postulaty winny być tym, co spaja nas we wspólnym wysiłku. Doświadczenia Ruchu Narodowego z lat 2011-2015, kiedy to, budowano partię w oparciu o sentymenty do ruchu politycznego sprzed wieku, muszą być pouczające. Na fali „mody na nacjonalizm”, za narodowca uważał się niemal każdy, niezależnie od wyznawanych poglądów – w kontekście tego co pisaliśmy powyżej trudno, by to dziwiło. Powtórzmy jednak, że dziś zależeć nam powinno na tym, by ruch narodowy znaczył coś więcej.

Ideał nacjonalistyczny, mimo wszystko, musi zmierzać w kierunku doprecyzowania, konkretyzacji założeń – tak by narodowiec wiedział o co walczy. Dążenie do wdrożenia określonych poglądów winno jednoczyć ludzi daleko bardziej niż to, że w 1919 roku Dmowski podpisał traktat wersalski lub że 7 lat później powstał Obóz Wielkiej Polski. Inaczej ruch musi obumrzeć, bo zgoła niepoważnym – powiedzmy sobie to wreszcie – jest organizowanie się w 2018 roku głównie po to, by wspominać dawne organizacje tudzież kalkować ich programy. Analogie z grupami rekonstrukcyjnymi nieraz wyglądają na uzasadnione.

Ideał musi też być śmiało zarysowany. W dzisiejszych mdłych czasach każda śmiała wizja mogłaby wydać się nierealna – nie tylko Katolickie Państwo Narodu Polskiego młodych endeków, ale i np. wizja uspołeczniania państwa, którą snuł Skwarczyński. Trzeba jednak mieć ten ideał, i dążyć do niego metodami wydajnym, pragmatycznymi. Priorytetem jest bowiem to, by działania służyły dążeniu do celu a nie jałowej egzaltacji. Kryterium nie będzie więc radykalizm czy umiarkowanie, antysystemowość bądź skłonność do kompromisów, ale słuszność założeń. Ta może objawiać się w rozwiązaniach różnej natury – pamiętać wszak należy, że świat nie stoi w miejscu, i to co niewyobrażalne dziś, może być realnym za dekadę czy dwie. W warstwie taktyki i metod działania głównym wyznacznikiem będzie skuteczność. I jakkolwiek aktualne jest hasło pracy organicznej, to pamiętajmy, że na wydajność metod składać się może także działanie pozornie romantyczne – jeśli zapala ludzi do aktywności.

Granice dyskusji

Poszczególne idee i poglądy uznajemy za słuszne i godne propagowania, dlatego że niosą za sobą wartościowe i aktualne treści. Nie odgrywa roli ich umiarkowanie bądź radykalizm – liczy się słuszność założeń ideowych. Czynimy to zastrzeżenie, bowiem koniecznym wydaje się postulat zdyscyplinowania dyskusji na temat ewentualnych zapożyczeń ideowych w miejsce uznawania każdego awangardowego nurtu za „inspirujący”. Debatowanie na ten temat wydaje się słuszne, ale musi być ujęte w odpowiednie karby. Uznając konieczność zachowania zarysowanych powyżej priorytetów, dochodzimy do wniosku, że część nurtów ideowych popularnych w niektórych segmentach ruchu narodowego jest destruktywna.

Niejednokrotnie pod hasłem wprowadzania ożywczych prądów promuje się nurty, które w naszych warunkach nie mają nam nic do zaproponowania. Jako przykład podajmy tu różne formy narodowego anarchizmu – od tych mających inklinacje prawicowe (ruch Troy’a Southgate’a) po czerpiące z lewicy formy działalności grup autonomicznych. Nurty te, pozornie  atrakcyjne ze względu na swoją antysystemowość, opierają się na apoteozie tych cech, które wiążą się z naszymi wadami narodowymi – niechęcią do dyscypliny i wybujałym indywidualizmem. Zanik autonomicznego nacjonalizmu i bujnie rozwijających się jeszcze kilka lat temu lokalnych inicjatyw narodowych jest tu znamienny. Ten anarchiczny instynkt widać także na przykładzie stosunku narodowców do własnych organizacji i środowisk, które nieraz są traktowane jako ważniejsze niż cały ruch. Nacjonalizm winien wzmacniać instynkty wspólnotowe, a nie prowadzić do ich rozkładu.

Nie można też fetyszyzować wzorców płynących ze współczesnych ruchów nacjonalistycznych rozwijających się w innych krajach. Niszowe ruchy zachodnie, działające w warunkach triumfu ojkofobii i totalnego rozkładu instynktów nie tylko już narodowych, ale i w ogóle wspólnotowych, nie mogą być niepodważalnym wzorcem. Przykładem popularnego nonsensu jest uznanie, że skoro wiele ruchów nacjonalistycznych w Europie jest indyferentnych religijnie, to i polski winien iść tym tropem – mimo że przecież Polska jest najbardziej religijnym krajem kontynentu. Jest to typowy przykład głoszenia poglądów, które – pomijając sam ich aspekt moralny – wynikają z nieuwzględniających realiów, ze zideologizowanych założeń. Z podobnych pozycji wielokrotnie krytykowano na łamach „Polityki Narodowej” różne nurty prawicy – konserwatywnej, chadeckiej, liberalnej.

Wnioski

Jakie wnioski wyłaniają się z powyższego szkicu? Niezbyt uważny nawet czytelnik zapewne dostrzegłby, że w ciągu całego tego wywodu, wobec endecji dość krytycznego, nieraz odwoływaliśmy się do myślenia o narodzie i polityce zaczerpniętego z myśli Dmowskiego. Obok syntezy narodowo-katolickiej, która jest dla nas punktem wyjścia dla dalszych rozważań, właśnie owo myślenie stanowi największą wartość spuścizny ruchu narodowego. Bynajmniej nie dominowało ono w całych dziejach ruchu narodowego, którego elity bardzo często jednak pozostawały w tyle za postaciami tego kalibru co Dmowski czy Popławski.

Jak więc podchodzić do dziedzictwa ruchu, w którego myśli znajdziemy wątki wielkie i ponadczasowe, ale i znacznie mniej godne uznania? Naszym zdaniem, propagowany we współczesnym ruchu narodowym kult endeckości należy rozpatrywać w kategoriach mitu – irracjonalnego (co nie znaczy złego) zespołu wyobrażeń, które popycha ludzi do działania. Jedność i dziejowa wielkość endecji były przez wiele dekad mitem przewodnim polskich nacjonalistów. Ów mit – obok wad, które staraliśmy się powyżej opisać – miał z pewnością także skutki dobroczynne. Umożliwiał polskiemu nacjonalizmowi przetrwanie w kategoriach odrębnego ruchu, czemu pośrednio zawdzięczamy nawet samo to, że niniejszy tekst mógł w ogóle powstać.

Pytanie jednak, czy dziś to trwanie wystarczy. Czy ograniczanie się do tradycji jednego tylko obozu nie zubaża naszej refleksji? Czy nie szufladkuje nas zanadto i nie determinuje nieustannego oglądania się za siebie, i to na ruch, który – jak staraliśmy się udowodnić – nie był doskonałym i nieomylnym?

Czy nie czas na nowy mit? Georges Sorel pisał, że mitem może być również przyszłość. W tym kierunku szły nie tylko koncepcje „mitu zadrużnego” Jana Stachniuka, ale i myśl wielu „młodych”, którzy marzyli o „przełomie narodowym”. Miały go dokonać siły zorientowane nacjonalistycznie i propaństwowo, orientujące się na cele rozważane w kategoriach jutra – nie na odwołania do przeszłości czy partyjnej ortodoksji.  Oni chcieli nacjonalizmu, który – może i z endecji wyrastał – ale na wielu płaszczyznach bardzo się od niej różnił. Szukał swojej drogi, bo uznał, że dawna niekoniecznie wiedzie do celu. Staroendecka mentalność została uznana za obciążenie, wiec postanowiono ją zupełnie otwarcie odrzucić, propagując powrót do korzeni, a faktycznie w dużej mierze otwierając się na bodźce z zewnątrz.

Czy w XXI wieku stać nas na taki mit nacjonalizmu jutra?

Jakub Siemiątkowski

Polityka Narodowa nr 20

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *