Jan Korolec: Z tajemnic duszy śląskiej

Jan Korolec: Z tajemnic duszy śląskiej

Dużo się u nas mówi o walce polsko-niemieckiej, jaka toczyła się i toczy na długim pasie pogranicza obydwu narodów. Przeważnie jednak operuje się ogólnikami i frazesami. Problem na płaszczyznę konkretnego faktu wprowadza książka Józefa Chałasińskiego, nosząca tytuł „Antagonizm polsko – niemiecki w osadzie fabrycznej „Kopalnia” na Górnym Śląsku”.

„Kopalnia” – pisze jeden z najstarszych mieszkańców osady w swoim życiorysie – to taka wioska w lesie, która istnieje dopiero osiemdziesiąt lat, pierwej tutaj był tylko gruby las, a w lesie było zwierzyny bez liku”.

Osada leży na polskim Górnym Śląsku. Jest miejscowością podmiejską, choć położona w lasach, należy do „czarnego” czyli przemysłowego Śląska. Od granicy niemieckiej oddalona jest około dwadzieścia kilometrów. W osadzie znajduje się kopalnia węgla i cegielnia, należące do jednego z największych magnatów na Śląsku. Osada jest zamieszkana wyłącznie przez robotników oraz urzędników kopalni i należy niemal cała do właściciela kopalni. Robotnicy tu zasiedziali. Tylko pracujący u właściciela osady mogą w niej dostać mieszkanie, które tu są tylko w specjalnych domach robotniczych. „To wszystko – informował mnie robotnik – po to tu zostało zaprowadzone, ażeby z tego narodu niewolników zrobić”. Osada pozbawiona jest w przeciwieństwie do wiosek gospodarskich naturalnych przywódców. Nie posiada również własnej inteligencji. Stała się samodzielną gminą dopiero 1 października 1924 r., gdyż przedtem należała do obszaru dworskiego. Większość osady to katolicy, mniejszość ewangelicy.

Pierwotnie osada była miejscowością czysto polską, z wyjątkiem sztygarów i urzędników kopalni, którzy musieli również posługiwać się językiem polskim, gdyż robotnicy innego nie znali. Obecnie ludność niemiecka osady to częściowo zniemczeni górnoślązacy, a częściowo górnicy, sprowadzeni z Waldenburga w Saksonji. Pisze o nich jeden z mieszkańców osady w sposób następujący:

„Ten naród waldenburgski był taki obrzydły, bo się zadyn pies ani kot nie śmiał pojawić w ich bliskości, bo wszestko chwecili i zjedli. Ja zwróciłem jednego razu uwagę iże to jest wstręt psa jeść, a co dopiero kota, a on mi odpowiadał tak: „weist du Kolege ein Kocla ist besser als ein Hundla”. Po paru latach tak zgłupiał nasz naród za owemi Niemcami, że nawet w domu z dzieciami rozmawiali po niemiecku i jeszcze dziś nie mogą zapomnieć o tem, chociaż my się znajdujemy, w odrodzonej Polsce”. „Z naszych ludzi się narobiło Niemców, że dziś można mówić, że połowa ludzi naszy osady dążą za Niemcami”.

Dopiero po wojnie francusko-niemieckiej wychodzi zakaz mówienia po polsku w kopalni. Wtedy zaczęto prześladować i szykanować Polaków za czytanie polskich gazet. Naskutek tego jawnie przyznawało się do polskości tylko sześciu robotników. Owych sześciu „grosse Polen”, jak ich nazywano, stanowili ośrodek polskiego życia w osadzie w końcu ubiegłego stulecia. Stworzyli oni tajną czytelnię polską. Jednocześnie rozpoczynają się wycieczki do Krakowa na zloty sokolskie i uroczystości narodowe. Ważną rolę w odrodzeniu narodowem odegrali sprowadzeni z Poznańskiego robotnicy. Osada jednak, całkiem zależna od kopalni i pozbawiona polskiej inteligencji nie była nigdy ośrodkiem żywego ruchu polskiego.

Antagonizm polsko-niemiecki na Śląsku wiąże się ściśle z antagonizmem socjalnym. Polacy to masa robotnicza, Niemcy – Herrenvolk:

„Za niemieckich czasów – opowiadał mi robotnik – to Polak darmo się po ty drabinie pchał, bo mu wysoko wyleść nie było wolno; żadnym wysokim górnikiem zostać nie mógł”.

System społeczny osady, utrzymujący się aż do powstania 1919 r., nie utrzymywał się wyłącznie naskutek czysto fizycznej przemocy Niemców, lecz był również wynikiem uległości masy względem panów, ugruntowanej przez wiekową tradycję. „Elita” niemiecka osady posiadała silny urok społeczny dla ludności polskiej; promieniowała ona potęgą i reprezentowała doskonałość państwa niemieckiego oraz wyższość kultury niemieckiej. Jeden ze starych i zasłużonych Polaków w osadzie wyrzuca sobie tę „niewierność”:

„Ja już tak Pana Boga prosił, żebym tego mógł dożyć, żeby Niemcom rogi spadły, i dał Bóg dożyć tego, chociażem się nigdy tego nie spodziewał, a dziś tego bardzo żałuję, żem był taki niewierny i tak bardzo wątpiłem, że tego nie dożyjem”.

Dopiero wojenna klęska Niemców zniszczyła przeświadczenie o niezwyciężonej potędze niemieckiej, a powstanie państwa polskiego podniosło ducha polskiego. Wreszcie rewolucja niemiecka zniszczyła system społeczny osady oparty na podziale ludności na Herrenvolk i Helotenvolk i wniosła ducha rewolucji do osady. Polacy, byli żołnierze niemieccy, wróciwszy z przegranej wojny niemieckiej z przeświadczeniem załamania się całego wspaniałego państwa niemieckiego stali się podstawą powstania – rewolucji w osadzie, noszącego wyraźny charakter ludowy i robotniczy.

W plebiscycie osada wyraziła swą wolę należenia do Polski. Fakt ten posiadał rewolucyjne znaczenie dla jej dalszych dziejów społecznych:

„I jak każda rewolucja – pisze Chałasiński – tak i ta rewolucja w osadzie jest zjawiskiem, kórego wyznaczników nie jesteśmy w stanie wykryć. Przekracza to możliwość naukowej socjologicznej analizy. Rewolucja ta nie zawierała się w przeszłości osady i nie da się z niej wydedukować. W stosunku do przeszłości jest zjawiskiem, którego niepodobna było przewidzieć”. „Analizując system społeczny osady w stanie jego równowagi moglibyśmy wskazać na siły społeczne utrzymujące go i na przeciwdziałające mu. Nie bylibyśmy jednak w stanie wymierzyć tych sił. Właśnie stan równowagi był jedynym dowodem, że siły utrzymujące system miały przewagę nad siłami wrogiemi. A przekonanie o sile systemu, nawet u jego wrogów było najważniejszą podstawą jego siły. Z drugiej strony to przekonanie urabiała długa tradycja faktycznej potęgi tego systemu. Jak utrzymywanie się systemu było jedynym dowodem, że siły utrzymujące go, miały przewagę nad siłami przeciwnemi i tak znowu upadek systemu jest jedynym dowodem, że te ostatnie przeważyły”. „Przejście zaś od jednego systemu do drugiego na drodze rewolucji dokonywa się dzięki siłom które nie są ujawnione, jak długo, jakiś system utrzymuje się, i dla tego nie jesteśmy go w stanie zbadać”.

Dniem przełomowym dla samej osady był nie tyle sam dzień plebiscytu, lecz dzień po nim następujący, w którym osada triumfalnie święciła zwycięstwo polskie nad Niemcami, a na kominie kopalni powiał sztandar Polski. To święto osady znane jest w jej tradycji ustnej pod nazwą „Krejom lejom” (co znaczy leją kijami). Był to dzień i zapłaty za wszystkie doznane krzywdy.

Różne są powody antagonizmu polsko-niemieckiego. Jednym z nich jest walka o język i prześladowania językowe. Prześladowania te dotykają najelementarniejszej a równocześnie najważniejszej podstawy godności człowieka. Obrona języka jest obroną godności własnej, która przyjmuje charakter obrony grupowej. Pod względem intensywności antagonizmów grupowych, jakie wywołują prześladowania językowe, można je postawić w jednym rzędzie, chyba z prześladowaniami religijnemi.

Wchodzi tu w grę również różnica religijna. Opowiada o tem obrazowo jeden ze ślązaków:

„Jedyn pastuch z pomiędzy nas… był ewangelik, tego my zawsze przezywali lutrem, tyn poskarżył w domu na nas i raz przyszła jego siostra na pastwisko się przekonać, a my go prawie oprawiali i przyskoczyła do nas my się tego nie spodziewali i wybiła nam każdymu bo to była dziewa nad dwadzieścia lat, my sobie z tego nic nie robili jeszcze my jej zaśpiewali „gdybyś była katoliczka całowałbym twoje liczka, aleś ty jest lutryjanka masz ty ślepie jak cyganka”, owa dziewa się zgorszyła na nas i poszła do szkoły na skargę do onego luterskiego, toż na drugi dzień było lanie, we szkole było nas czyrech, dostaliśmy po 25 oblywanych na tyłek, ale ów pastuch ewangelicki miał się z czego lizać, bo my go bili, jak kota w miechu”.

Antagonizm był również wyrazem konserwatyzmu obyczajowego i reakcji obronnej. Reakcja ta przybierała czasami charakter wstrętu fizycznego, jak w odniesieniu do tych Waldenburczyków, którzy zjadali psy i koty.

Konflikt między narodami przybiera na sile na pograniczu, gdzie brak jest wyraźnej granicy pomiędzy dwoma narodami. Spór toczy się o jednostki, stanowiące coś pośredniego pomiędzy dwoma narodami, a zwane na Śląsku „chacharami”. Dochodzi tam do pozyskiwania tych wątpliwych jednostek w drodze udzielania im korzyści materjalnych, do swoistego handlu „żywym towarem”. Prowadzi to do głębokiej demoralizacji ludności. Do pogłębienia konfliktu przyczynia się również stanowisko socjalistów, zajmujących stanowisko pośrednie między Polakami, a Niemcami, których więc nazwać można politycznymi „chacharami”.

Chałasiński wskazuje na radykalizm młodzieży wojennej, która wobec słabości i uzależnienia od Niemców polskiego ruchu radykalnego, staje się łupem propagandy niemieckiej:

„Na czoło ruchu niemieckiego w osadzie wysuwa się właśnie młodzież, gdy po stronie polskiej wszystko idzie raczej pod komendę starszych”. Agresywna młodzież „chachary” nietylko zrywa z tradycjami, ale wogóle chce „starymi” rządzić”.

Ślązak poszukuje należnego mu miejsca w Polsce. Nie chce być tem, czem był w Niemczech: niewolnikiem.

„Polacy my są – mówił Chałasińskiemu jeden z katolickich działaczy robotniczych, – ale na czyim chlebie? – Niemca, magnata niemieckiego”. I to bolesność je, że ten Rząd polski oddał tę Polskę do dyspozycji kapitalistom. Walczyliśmy o te Polskę, a teraz tej Polski nie mamy. Polacy my są, ale na czyim chlebie? My tu są pod magnatem niemieckim. I niech on zamknie kopalnie, to my robotę stracimy i kto za nami się wstawi. I kto rządzi? Dla kogo je to wszystko. Niewolnikami my są i tyle! Pańszczyzna się wraca. Jak się robotnik domaga swojego, to mówią mu prosto, że zbytu niema i bez to jest źle, wszystko idzie na eksport za pół darmo i my tu w kraju nie mamy co jeść. Ten polski robotnik był tu uciemiężony za Niemców i tak samo teraz”. „Śląsk się traktuje – mówił Chałasińskiemu inny działacz polski – jakgdyby kolonję, którą zdobyło się wbrew woli mieszkańców, tak jak gdybyśmy sami nie chcieli do Polski się przyłączyć. Urzędnicy wszystko obcy, brak zupełnie kontaktu pomiędzy ludem, a urzędnikami; nauczycielstwo też przeważnie obce, stosunek do Śląska jest zewnętrzny. Ci co przyjadą, uważają nas za pół-Polaków. Górnoślązak – to już nie do urzędu; Górnoślązak – to zgóry wiadomo, że polszczyznę łamie. A my tu chcemy mieć swoich na urzędzie i w szkole. Jak się zaś zdarzy, że nam tu dadzą Ślązaka, to często to jest taki Ślązak, który u swoich poważania niema. My chcemy Ślązaków na urzędach na Śląsku, ale to nie znaczy, aby każdy najgorszy miał iść na urzędy. Chcemy miejsca dla naszych uzdolnionych ludzi”. „Ślązakom – pisze Chałasiński – nie chodzi tylko o to, ażeby należeli do Niemiec lub do Polski: byli Polakami lub Niemcami, ale żeby mogli pozostać sobą i gospodarzami swojej dzielnicy Ślązakami”.

Rewolucja dokonana na Śląsku polegała na zastąpieniu dawnej elity niemieckiej elitą polską. Szybkość tego procesu nie pozwoliła na wytworzenie własnej, odpowiedniej elity, na drodze naturalnego, powolnego, procesu selekcji. Rewolucja polityczna osady nie dotknęła prawie ekonomicznego jej systemu. Dawna więc elita niemiecka przybrała charakter elity majątkowej. Antagonizm polsko-niemiecki przybiera bardzo często formę walki dawnej elity z nową. Niewyrobienie nowej elity czyni często wpływy jej iluzorycznemi. Elita polityczna bez majątku, gospodarująca majątkiem gminnym, na który ponadto składają się niemal wyłącznie podatki z majątku wroga narodowego, wystawiona jest bardzo na niebezpieczeństwo korupcji. Tego niebezpieczeństwa nie potrafiła uniknąć nowa elita. Do elity polskiej zaczynają przenikać elementy z dawnej elity niemieckiej, są to jednak elementy małowartościowe, przechodzące z obozu do obozu jedynie dla karjery. Między temi „małpującymi polskość”, a prawdziwymi „dobrymi Polakami” żywiącymi pogardę do nawróconych, zarysowują się ostre konflikty. Inna rzecz, że dzieci tych „małpujących polskość” mogą być najlepszymi Polakami.

Książka Chałasińskiego daje więcej, niż to zapowiada tytuł. Nie tylko zaznajamia nas z istotnymi motywami konfliktu polsko-niemieckiego na Śląsku, ale również uchyla przed nami rąbek zasłony, ukrywającej przed Polakami z innych dzielnic tajemnice duszy śląskiej.

Jan Korolec

Prosto z Mostu nr 34, 1935 r.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *