Jan Mosdorf: Kropka nad i

Jan Mosdorf: Kropka nad i

Od kilku tygodni odżywa w Warszawie plotka. Krążą po mieście mniej lub bardziej fantastyczne pogłoski o zasadniczych zmianach w rządzie i systemie, a nawet (częściowo już zaprzeczone), o niespodziankach na sesji Zgromadzenia Narodowego. Plotki te są, oczywiście, fantastyczne, ale ich kolportowanie sprawia wrażenie, jakgdyby komuś zależało na szerzeniu tego rodzaju nastrojów w społeczeństwie.

Trzeba oddać sprawiedliwość „Gazecie Polskiej”, iż nie bierze udziału w wytwarzaniu tych plotek. Nikt nie posądza grupy pułkowników o akcję, która z ich strony byłaby jedynie oznaką defetyzmu. Ale już drugi organ rządowy, „Nasz Przegląd”, zazwyczaj lepiej poinformowany, a często nawet bardziej miarodajny, niż „Gazeta Polska”, zajmuje się od dłuższego czasu t. zw. „puszczaniem balonów próbnych”, dla zbadania, jaki wiatr wieje. Jeszcze w początkach ubiegłego miesiąca p. Hirszhorn zamieścił rozważania p. t. „Chwila dziejowa dla Polski”, ujęte przezornie w formę dialogu. Sens ich jest taki: wobec groźby hitleryzmu z jednej strony, a wywołanej nią wysokiej koniunktury dla Polski z drugiej, należy uporządkować nasze sprawy wewnętrzne w kierunku porozumienia z „mniejszościami”, oraz konsolidacji społeczeństwa polskiego. Na ten temat p. Hirschhorn układa następujący dialog:

  • „Czy opozycja ma się ugiąć przed sanacją?”
  • „Bynajmniej. Obie strony powinny iść na ustępstwa… Nasza konstytucja, chwała Bogu, nie została jeszcze zmieniona w duchu reakcyjnym, więc można i trzeba dalej ją szanować. (-(Tu ustęp o lewicy, poczem)-): Sanacja musi wiedzieć, że przez koncesje na rzecz demokratyzmu formy i postępowości treści ułatwi sobie zarówno akcję na arenie zagranicznej jak i rządzenie wewnętrzne”.
  • „A czy… Endecję chce pan z miejsca wykluczyć z porozumienia?”
  • „Właśnie, tu tkwi największy szkopuł. Dla obu celów, o których była mowa, pozyskanie Endecji byłoby rzeczą bardzo doniosłą, niemal niezbędną. Niestety…”

Następują dłuższe rozważania o tem, że „są Endecy” którzyby poszli na taką kombinację, ale inni nie chcą o tem słyszeć i „rozpętują nienawiści rasowe”. Mimo to dialog wyraża nadzieję, że jakoś dojdzie do zgody i powstanie „rząd kompromisowy z programem przeciwdziałania rewizjonizmowi, uzyskania większej pożyczki zagranicznej oraz likwidacji kryzysu i bezrobocia. Pojednanie na podstawie wzajemnych ustępstw może nas zbawić, a kłótnie narazić na niezgodę”.

Autor artykułu nie ograniczył się na tym dialogu, lecz w numerze z 18 z. m. wrócił raz jeszcze do powyższej kwestii („Polska wobec Hitlerlandu”), ubolewając nad ostracyzmem, stosowanym przez rząd wobec obozu narodowego, który posiada „ liczną, dzielną inteligencję, zdolnych mężów stanu i wytrwałych ekonomistów”. Podobne komplementy posiadają swą wymowę, zwłaszcza w artykule, który rozpoczyna się od dowodzenia, że „na hitleryzm nie ma w Polsce miejsca”, twierdzi, że „Endecja jako stronnictwo mieszczańskie
(-(!)-) najmniej może pretendować do realizacji socjalizmu narodowego” i wyraża nadzieję, że „pomysł o kopjowaniu progronizmu hitlerowskiego Endecja po dłuższym namyśle zarzuciła”.

Oceniając sytuację polityczną w Polsce jako walkę dwu obozów, można, sięgnąwszy do analogii z Wielkiej Wojny, stwierdzić, iż wynurzenia „Naszego Przeglądu” przypominają hasło „pokoju bez aneksji i odszkodowań”, plotki puszczane po Warszawie – nieoficjalną misję ks. Sykstusa Burbońskiego.

Wiadomo, jak i i był wynik tej misji. Łatwo się domyśleć, że podobny los spotka wszelkie „balony próbne”, puszczane obecnie pod adresem obozu narodowego. P. Hirschhorn wystawia sobie doprawdy testimonium paupertatis, jeśli sądzi, że ze strony obozu narodowego może być mowa o jakimkolwiek kompromisie w sprawach, dotyczących podstaw narodowego bytu.

W szczególność nie może być mowy o kompromisie z k i m k o l w i e k (nie tylko z „sanacją”) na płaszczyźnie zawieszenia walki żywiołów rdzennych narodem żydowskim.

Każdy człowiek, choćby o najbardziej zasłużonem nazwisku i każde stronnictwo, choćby z najuczciwszych ludzi  złożone musi sobie zdawać sprawę z nieuchronnego, ostrego konfliktu z obozem narodowym, a zwłaszcza z jakiego młodem pokoleniem, jeżeli przez lekkomyślność, niezrozumienie lub wynikającą obawę rozszerzania frontu będzie chciało zasłaniać oczy społeczeństwu na tragiczny konflikt polsko-żydowski uprawiać strusią politykę wobec największych wrogów naszego narodu.

Ludzie tacy, o ile istnieją nie tylko w wyobraźni żydów, powinni wiedzieć, że obóz narodowy zwalcza „sanację” przedewszystkiem za jej zależność  od żydów, a dopiero w dalszym rzędzie za wszelkie inne przewiny.

Gra, którą pewne żywioły pragną, zdaje się, rozpocząć, przypomina ogromnie manewry z początku z początku roku 1930, po obaleniu rządu p. Świtalskiego.

Wówczas –  tak jak i dzisiaj –  potrzebna była tym, co rządzili, chwila wytchnienia. Uzyskano ją, łudząc lewicę pozorami parlamentaryzmu i demokracji. Rząd p. Bartla zjawiał się in corpore w sejmie, premier stawiał na komisji budżetowej kwestję zaufania, wywołując tem zachwyt parlamentarzystów, wydawano groźne okólniki przeciwko hulankom dygnitarzy, zdarzyło się nawet kilka dymisyj niepopularnych urzędników.

Niżej podpisany pisał wówczas w „Gazecie Warszawskiej”

„Trzeba rozprószyć te opary, które kadzielnicy lóż wolnomularskich rozchodzą się na kraj cały i powiedzieć, że walka w Polsce nie toczy się bynajmniej ani o sanację stosunków ministerialnych, ani o fundusze dyspozycyjne, ani nawet o stosunek rządu do sejmu. Oczywiście, nie są to sprawy bez znaczenia, ale wyolbrzymianie ich zasłania istotę rzeczy. Stosunek rządu do sejmu i wszelkie inne, tak żywo omawiane kwestie, to jedynie zagadnienie środków nie zaś celu”.

Opozycja lewica inaczej oceniała sytuację i do optymistycznej oceny dostosowała swoją taktykę. Umożliwiała uchwalenie budżetu, pomogła „sanacji” w wielu istotnych punktach, wreszcie, pewna triumfu, obaliła dwu ministrów z grupy pułkownikowskiej. Wiadomo, co się stało później. P. Bartel ustąpił, zaczął się kontredans przywódców opozycyjnych na Zamku, poczem sesję zamknięto, a premierem został p. Sławek. Nastąpił Brześć i wybory „brzeskie”.

Wszelkie pomysły, o których dziś wiele się mówi, nie byłyby niczem innem, niż, tak trywjalnie zwanem, „bajtlowaniem na prawo”. Nie zachodzi potrzeba przekonywania o tem kogokolwiek z obozu narodowego, gdyż sprawa jest dostatecznie jasna, ale dobrze powiedzieć tym, którzy się łudzą, aby nie żywili próżnych nadziei, nie liczyli na kompromisy ze strony narodowej w sprawach, w których nie może być żadnego kompromisu.

Dlatego było rzeczą potrzebną przygwożdżenie plotek, które zupełnie niepotrzebnie zaprzątały głowy polityków  kawiarnianych i ich naśladowców w polityce czynnej.

Jan Mosdorf

ze zbiorów Muzeum Tradycji Ruchu Narodowego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *