Pierwszy zakręt w lewo

Pierwszy zakręt w lewo

To już oficjalne: Lewis Hamilton jest najlepszym kierowcą w historii Formuły 1. Przez „najlepszy” należy rozumieć: najbardziej utytułowany – trudno bowiem miarodajnie porównać umiejętności zawodników rywalizujących w różnych momentach historii za kierownicami tak bardzo przecież odmiennych pojazdów. Hamilton wspiął się na wyżyny wyścigów samochodowych na przestrzeni ostatniej dekady, wygrywając Grand Prix także w czasach, gdy przyszło mu jeździć nieco mniej konkurencyjnym bolidem. Wyczyny wielkiego mistrza są świetnym tematem na osobny, obszerny artykuł. Dziś natomiast kierujemy naszą uwagę ku zagadnieniom, które czytelników bacznie obserwujących przemiany tożsamościowe na świecie interesują nieco bardziej. Przyjrzymy się ideologicznie nacechowanym zjawiskom, jakie miały i mają miejsce w bieżącym sezonie Formuły 1, także tym zaaranżowanym przez ww. Hamiltona.


A jest to sezon niezwykły. Z jasnych przyczyn odwołano szereg imprez, a cykl Grand Prix wystartował z kwartalnym opóźnieniem. Przepadła (czy tylko na rok?) tradycja rozgrywania jednych zawodów per państwo – organizatorzy „zmuszeni” zostali odwiedzać ten sam kraj kilkukrotnie. A skoro określenia „Grand Prix Włoch” nie można przypisać do dwóch wyścigów jednocześnie, to nomenklaturę wzbogacono o nazwy regionów – Grand Prix Emilii Romanii, Grand Prix Styrii, itd., oraz o tytuły okolicznościowe, np. Grand Prix 70. Rocznicy (powstania Formuły 1). Co więcej, zmagania rozgrywane są bez kibiców, a nagrody są odbierane z zachowaniem wymaganej odległości. Nowe okoliczności w połączeniu z kreatywnością władz zaowocowały przedefiniowanym charakterem sportu. Adaptacja do warunków pandemii jest tutaj godna pochwały. Gdyby nie ciche wtargnięcie politycznej agendy, to można by powiedzieć, że wypracowane zmiany okazały się trafne i na czasie.



No to uklęknijmy

Jako pasjonat Formuły 1 z 31-letnim stażem, przywykłem myśleć o królowej sportów motorowych w kontekście odosobnionego świata, odpornego pomimo niewyobrażalnych wpływów finansowych na ideologiczne oddziaływania. Owszem, zwłaszcza w drugiej dekadzie XXI w., każdy kraj wykorzystywał (w dobrym tego słowa znaczeniu) zawody do propagowania swych tradycji, odrębności, narodowego charakteru, czy chociażby lokalnej turystyki. Amerykanie robili wielkie show, Francuzi chwalili się komandosami, Azerbejdżan reklamował… Azerbejdżan, rosyjskie zawody zaszczycał obecnością Władimir Putin, a w Monako nagrody wręczała księżna. Nigdy jednak (na większą skalę) Formuła 1 nie była polem do popisu dla osobników pragnących przekazać jakieś polityczne przesłanie, a zwłaszcza dla jakichkolwiek ruchów ponadnarodowych. Sponsorskim orędziem świata Grand Prix od lat 70-tych ubiegłego stulecia była jedynie wszechobecna komercyjna reklama.

Wróćmy więc do wspomnianego Lewisa Hamiltona. Na początku sezonu Brytyjczyk zapragnął – na fali światowych wydarzeń – zaimportować z footballu amerykańskiego zwyczaj klękania na znak protestu przeciwko „przemocy wobec osób ciemnoskórych”. Ubrał koszulkę black lives matter i przed startem do pierwszego wyścigu odważnie zainicjował zbiorowe przyklęknięcie. Wtórować mieli mu pozostali zawodnicy, przywdziani w t-shirty z napisem End racism. Nie do końca się to udało, bo nie wszyscy klęknęli. Posłuszeństwa odmówili: Włoch Antonio Giovinazzi, Rosjanin Daniił Kwiat, Hiszpan Carlos Sainz i fenomenalny Holender Max Verstappen. Postawę stojącą zachował również inny z młodych gwiazdorów sportu – obywatel Monako Charles Leclerc – nawiasem mówiąc, osobiście trudno mi sobie wyobrazić jakiegokolwiek dumnego Monakijczyka klękającego przed murzynami. No i wreszcie najstarszy z zawodników – Kimi Raikkonen (któremu jakiekolwiek skręcanie w ideologiczne lewo przychodzi bardzo opornie) również nie pochylił czoła przed bliżej nieznanymi uciskanymi. Reakcja światowej opinii wiadomej proweniencji na opisany brak subordynacji była nie inna niż zazwyczaj: głośne niedowierzanie wykrzykiwane na łamach szerokiej gamy portali, wspomagane pretensjami i medialną pół-agresją – propaganda uruchomiła działa ciężkiego kalibru. Zawodnicy odpowiedzieli wymijająco – „tak, popieramy walkę z rasizmem, ale pragniemy pomagać w inny sposób” – brzmiał wspólny ton zaatakowanej sportowej elity.



Tęczowy McLaren, tęczowa Formuła

Sezon 2020 pokazał nam także alternatywne sposoby zagospodarowania powierzchni nadwozia. Tradycyjnie służyła ona jako miejsce na reklamy, nowinką natomiast było wykorzystanie jednego z elementów (pałąk ochraniający kierowcę) pod wirtualny wyświetlacz parametrów auta, widoczny tylko dla telewidzów. To bardzo ładny ukłon ze strony organizatorów przy wsparciu najnowszej technologii. Ci sami organizatorzy poczynili także inny krok. Reklama, wyświetlacz – co jeszcze można umieścić na aucie? Ach tak, tęczę – a jakże. Tę, jako pierwszą zaprezentował zasłużony zespół McLarena. Brytyjski team wyszedł przed szereg w odpowiedzi na inicjatywę nowych, amerykańskich bossów Formuły 1 pod nazwą #WeRaceAsOne. Zaznaczmy, że nie była to tęcza związana z ruchem LGBT – na bolidzie namalowano siedem pasków. Formuła 1 – zarządzana przez Liberty Media – stworzyła także własną odmianę półokręgu: dziesięć kolorów odpowiadających dziesięciu zespołom biorącym udział w zawodach. Cel jednak ten sam – „walka z COVID-19 i potępienie rasizmu i nierówności” – czytamy na oficjalnym portalu formula1.com. Co więcej, w ramach kampanii stworzono czarnobiały film, w którym w sposób górnolotny kierowcy podkreślali cele podjętego przedsięwzięcia. Całość nagrania składa się z fragmentów zdań, a we wspólnej wypowiedzi biorą udział wszyscy zawodnicy paddocku. Powodem do żartów stał się urywek w wykonaniu wspomnianego Kimiego Raikkonena: „I stand” – oto cały wkład, jaki doświadczony Fin wniósł do ideologicznego widowiska. To znacznie mniej niż inni, bo dla przykładu żartowniś Daniel Riccardo nie tylko wypowiadał w krótkim filmie całe zdanie, ale i machał rękami. Jak podkreślałem wcześniej – Kimiemu te rzeczy wydają się iść opornie. Dodajmy także, że nie sposób dowiedzieć się, jakiemuż to rasizmowi i jakiej nierówności, sportowi potentaci postanowili przeciwdziałać. Zostaliśmy natomiast poinformowani, że niedobre zjawisko jest powszechne, tu i teraz.



I jak tu oglądać?

W związku z powyższym, gdy chcemy podziwiać mistrzów kierownicy i wsłuchiwać się w nieco stonowany ryk hybrydowych silników, musimy także przełknąć dawkę lewicowo-liberalnej propagandy. Przed startem jednoczymy się w solidarności z uciskanymi ciemnoskórymi, a w trakcie wyścigu, w którym szanse są bardzo nierówne, myśli wiernego kibica kierują się ku równości poza torem. Nasze poparcie co prawda jest i bierne i znikome, ale już sami zawodnicy zostali zobligowani do wspierania agendy pełną gębą. Wybitni kierowcy zapewne sobie jakoś z nowymi niedogodnościami poradzą. Bądź co bądź – są mistrzami w pokonywaniu zakrętów – także tych w lewo.

Piotr Krudysz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *