Adam Doboszyński: Przyszłość będzie nasza

Adam Doboszyński: Przyszłość będzie nasza

Nie wystarcza wiedzieć czego chcemy, trzeba nam również kierownictwa, świadomego swych zadań i zdolnego poprowadzić Naród w wytyczonym kierunku. Takiego kierownictwa zabrakło nam niestety w ostatnich latach i Naród nasz poprzez najcięższe próby dziejowe posuwa się niejako po omacku, zdany na własny instynkt, który nie zawsze potrafi wziąć górę nad połączonym działaniem agentur i inspirowanych z zagranicy konspiracji. Za przykład, do czego prowadzi brak poważnego kierownictwa narodowego, niech posłuży historia Powstania Warszawskiego z roku 1944. W przeddzień jego wybuchu, w dniu 31 lipca odbyła się narada najwyższego ciała Polski Podziemnej, przy udziale Delegata Rządu (wicepremiera na kraj), Dowódcy Armii Krajowej oraz przedstawicieli czterech rządzących stronnictw. Wszyscy obecni – bez wyjątku – opowiedzieli się przeciw powstaniu. Mimo to powstanie następnego dnia wybuchło i zniszczyło stolicę, co niezmiernie ułatwiło Sowietom opanowanie Polski.

Potrzebne nam jest więc prawdziwe kierownictwo narodowe, złożone z jednostek najtęższych w Narodzie, niezależne od zagranicy i ponadpartyjne. Kierownictwo takie ustali sobie bez trudu program działania, najważniejsze bowiem zagadnienia bytu narodowego, które starałem się przed chwilą naszkicować, są już dziś dla ogromnej większości Polaków bezsporne i trzeba nam tylko świadomie wytyczonego kierunku. Jednego natomiast błędu powinno się takie kierownictwo wystrzegać jak ognia: powinno zerwać wreszcie z mitem „doganiania Zachodu”, z czym łączy się mit drugi – równie szkodliwy – że tylko przy pomocy i pod protektoratem któregoś z państw Zachodu, Francji czy Anglii (ostatnio modne są u nas Stany Zjednoczone) potrafimy stanąć na nogi.

Mity te są podwójnie szkodliwe: bo każą nam się wzorować i oddawać pod kuratelę państw, których cywilizacja jest w rozstroju, o ile nie w rozkładzie, które albo już płacą rachunki za swe przeszłe grzechy, jak Francja i Wielka Brytania, albo są zagrożone ciężkimi przejściami ekonomicznymi i społecznymi, jak Stany Zjednoczone; po drugie, bo mity te budzą w nas fałszywe mniemanie, że znajdzie się kiedykolwiek jakieś państwo, które zechce udzielić nam pomocy na tyle bezinteresownej, by w ostatecznym rozrachunku pomoc ta szła na naszą korzyść. Otóż historia uczy stanowczo, że narody łączą się wprawdzie często przejściowo przeciw komuś, ale na stałe i w czasie pokoju liczyć mogą tylko na własne siły. Taka jest twarda nauka dziejów, dorzućmy zaś jeszcze, że właśnie w tych krajach, w których wielu Polaków dopatruje się naszych przyszłych protektorów (a w szczególności w krajach anglosaskich) rozstrzygający wpływ mają czynniki antypolskie i antykatolickie.

Ani więc doganianie chorego Zachodu, ani oglądanie się na protekcję mocarstw, dla których w najlepszym razie jesteśmy przedmiotem przetargu, nie może być naszym celem narodowym. Celem tym musi być wykorzystanie możliwości dziejowych (a sprzyjające okoliczności mogą nam się trafić w niedługim czasie) dla budowy społeczności o ustroju takim, który stałby się wzorem do naśladowania dla innych. Mamy wszelkie dane ku temu, by nowoczesnością i śmiałością naszej koncepcji wyprzedzić inne narody i zasłużyć sobie następnie na wszystkie korzyści, przysługujące narodom śmiałym, które wyprzedzą inne na drogach prawdziwego postępu. Nie postępu według przebrzmiewających wzorów dziewiętnastego stulecia, ale postępu, jaki niesie z sobą fala odrodzenia katolickiego i jego wspaniała myśl ustrojowa.

Na tej drodze cel jeszcze przed nami daleki, ale jeśli rzucimy okiem wstecz na początki naszej odrodzonej państwowości w roku 1918, to możemy sobie z dumą powiedzieć, że pół drogi mamy już poza sobą. Mamy za sobą okres szukania drogi po omacku, kiedy Naród skłócony był we wszystkich ważniejszych sprawach; mamy za sobą niezmierne cierpienia, ale i poważne osiągnięcia. Drugie pół drogi bywa lżejsze lub cięższe, zależnie od hartu maszerującego, od idei, która go prowadzi i od ducha, który go ożywia. Mając hart, cel i ideę strzeżmy więc naszego ducha, na który idzie obecnie główny, acz niezwykle ostrożnie i podstępnie prowadzony atak ze strony okupanta. Pracując usilnie na wszystkich tych polach na których możemy nawet pod okupacją tworzyć wartości materialne i kulturalne, nie pozwalajmy się wciągnąć w żadne kompromisy, od których ucierpieć by mógł nasz duch i nadwątlić nasza Wiara. Nawet dziś budować możemy lepszą przyszłość, pod warunkiem, że na zimno zdołamy rozeznać to, co dla Narodu pożyteczne, od pułapek zastawianych nam przez wroga. Tu czuwać musi myśl narodowa, bystra i nieustępliwa, równie daleka od buńczuczności jak i zwątpienia, mobilizująca wszystko, co w Narodzie najlepszego, a przede wszystkim odwołująca się – tradycyjnym już w Polsce zwyczajem – do młodzieży, która najgłębszym instynktem wyczuwa nakazy chwili i w każdym na nowo pokoleniu okupuje swą Polskość niezliczonymi czynami bohaterstwa.

Mamy wspaniały Naród, którego największą może wspaniałością jest jego młodzieńczość, jego żarliwość w ofierze jego gotowość w poświęceniu i wiara, rozświetlająca najmroczniejsze chwile naszego narodowego bytowania. Mamy Naród, który sto razy łamany i krwawiony zawsze podnosi czoło ku słońcu, twardy i nieustępliwy, godny spadkobierca zwycięzców spod Grunwaldu i Kłuszyna, Naród którego nienawidzą wszystkie ciemne moce świata, gdyż czują w nim tę iskrę Bożą, z której lada chwila buchnąć może płomień, rozświetlający drogę ludzkości. Mamy Naród, dla którego warto głowę położyć, ale dla którego wielkości warto przede wszystkim pracować i żyć. Nauczmy się wreszcie tego, co dla nas było zawsze najtrudniejsze: świadomą myślą sięgać w przyszłość i twardą pracą budować jej podwaliny.

A wówczas przyszłość będzie nasza.

Adam Doboszyński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *