Jan Mosdorf: Deszcz pada na świątynię

Jan Mosdorf: Deszcz pada na świątynię

W samym centrum czy pępku burżuazyjnego Paryża, gdzieś między rue Lafayette à Provence biegnie mała uliczka: rue Cadet. Pewnego dnia szedłem tą uliczką, rozglądając się po bramach domów, aż wreszcie… To tu! Znałem ten adres z afiszów, ogłaszających protesty przeciw Japończykom w Mandżurii i Polakom w Polsce. Broniono tam Chińczyków i Żydów. Tak, to tu: Grand Orient de France.

Złocona, ażurowa krata udawała kwitnącą akację, przetykaną cyrklami i ekierkami. Brama z automatycznym zatrzaskiem była — o dziwo — lekko uchylona. Wszedłem do Królestwa Tajemnicy.

Za wydłużoną sienią było malutkie podwórko, przykryte kopułą z białych szklanych cegieł. Tablica w rogu podwórza głosiła biało na czarnym którego dnia i o której godzinie odbędzie się posiedzenie takiej a takiej loży. I znowóż odrzwia, a za nimi?

Klatka schodowa w najgorszym stylu Opery Paryskiej czy Filharmonii Warszawskiej. Styl pozytywistycznego mieszczaństwa, styl Republiki Plutokratycznej. Niby swoisty symbol prężył przede mną wypchane tłuszczem kształty [—] naturalistyczny posąg nagiej, pozłacanej kobiety.

Skrzypnęły drzwiczki. Spod schodów, zdobnych posągiem wyłonił się jowialny człeczyna, idealny typ francuskiego concierge’a. Mrużą się chytre oczka, uśmiech występuje na gębę. „Czego sobie życzę”?

— „Czy mogę zwiedzić lożę”?

Oczka latają bystro po mojej twarzy, uśmiech staje się jeszcze obleśniejszy:

— „Hm, mais qui êtes–vous”?

Postanawiam robić Greka:

— Hélas, je ne suis pas franc–maçon, je ne m’occuppe pas à la politique…

— Mais, monsieur, la franc–maçonerie ne s’occuppe pas à la politique, voyons! Mais si vous n’etez pas franc–maçon… — tu rozłożenie bezradne ramion — vous ne pouvez pas visiter la loge.

Wobec takiej odpowiedzi nie pozostało mi nic innego, niż wywędrować z powrotem przez akacjową bramę i pocieszyć się o trzy domy dalej zwiedzeniem łaźni tureckiej, w której „wtajemniczenie” zastępowała zwykła dziesięciofrankówka.

Siedząc w nagrzanej suchym powietrzem pieczarze myślałem o odpowiedzi fagasa — wolnomularza, recytującego bez zająknięcia wbitą mu w głowę formułkę. Masoneria nie zajmuje się polityką! Po cóż ten fałsz tak naiwny, tak oczywisty! I nagle przyszło mi na myśl, że przecież wszystko w wolnomularstwie opiera się na kłamstwie. Organizacja niby jawna, a w istocie zakonspirowana, której lokalu profan nie może obejrzeć! Organizacja polityczna, udająca działalność filantropijną czy Bóg wie jaką, byle nie wyznać prawdy. A przecież Wielkim Mistrzem był wówczas (rok 1931) nie żaden działacz charytatywny, lecz p. Jammy–Schmit, deputowany z partii radykałów społecznych! Czymże — z kolei — jest Wielki Mistrz? Wielki Mistrz to taki drągal w fartuszku, który w oczach tępych „profanów” ząbkujących dopiero „braci” uchodzi za najwyższą osobę w masonerii, a w istocie wcale nie najwyższy urzędnik w hierarchii masońskiej. A radykałowie francuscy? — Partia, która dba o to, aby broń Boże nie zaszły we Francji żadne radykalne zmiany, konserwatywni czciciele konstytucji 1875 roku. Gdzie spojrzeć — same fałsze i same kłamstwa.

A już największym fałszem — myślałem sobie — jest drapowanie się owej ultraburżuazyjnej instytucji w togę obrońcy klas pracujących.

*

W kilka lat później wpadło mi przelotnie do ręki jakieś wydawnictwo masońskie. Wśród licznych ilustracji zauważyłem fotografię międzynarodowego zjazdu Wielkich Mistrzów. Zza pleców któregoś z dygnitarzy francuskich wyzierała siwa czupryna i wąsiki Andrzeja Struga.

Nie chodzi tu o samą postać świetnego pisarza. Ani przez chwilę nie przypuszczam, że on to naprawdę kierował masonerią polską, tak, jak nie wierzę, aby dziś faktycznym jej szefem był p. Stanisław Stempowski. Ale interesuje mnie, jak godził Strug swe poglądy antykapitalistyczne z przynależnością do sekty, która jest kwintesencją ducha kapitalistycznego. Bo przecież w siedzibie Grand Orient de France nie spotkał — rzecz jasna — ani jednego robotnika, natomiast miał częstą okazję ściskania ręki Stawisky’emu i dziesiątkom mu podobnych, schylania czoła przed Rotszyldem, zapoznania się z szefami wielkich banków i spółek akcyjnych. Mógł się naocznie przekonać, że prawdziwym symbolem wolnomularstwa nie jest proletariacka kielnia, ani inżynierski cyrkiel, lecz złoty dolar, blankiet wekslowy i ceduła giełdowa.

Powiedzą nam może: Jak to? A rządy kartelu lewicy we Francji? A Blum, obalony przez zmowę kapitalistów, przez zemstę za wywłaszczenie Schneider–Creusota, za polepszenie bytu klasy robotniczej?

Blaga, prześwietna publiczności! Kruk krukowi oka nie wykolę. Schneider dostał — na podstawie niedawno uchwalonej ustawy o wywłaszczeniu — najpełniejsze jakie można odszkodowanie; na wieść o nim wywłaszczani kapitaliści krajów „faszystowskich” dostaliby żółtaczki z zazdrości. A reformy socjalne? Czy istotnie uderzyły w ustrój kapitalistyczny! Nic podobnego. Pod ich ciężarem zamierają i upadają drobne warsztaty i małe zakłady przemysłowe. Wielkie kolosy kapitalistyczne, operujące taśmą ruchomą i innymi amerykańskiego pochodzenia narzędziami tortur dla robotników, tylko zarobiły na reformach. Pozbyły się konkurentów, a utratę pewnej ilości „robotnikogodzin” pokryły bez trudności pełnym wyzyskaniem zdolności produkcyjnej maszyn i zwyżką cen swych produktów. Robotnicy mniej pracują, ale i mniej zarabiają z powodu dewaluacji franka, drobny producent idzie na żebry, a francuski Lewiatan tyje. Dodajmy do tego, że rząd Bluma nie dotknął w niczym spekulacyjnego kapitału pieniężnego, że granice państwa zostawił otworem dla harców międzynarodowego kapitalizmu, a zrozumiemy czemu plutokracja nie poskąpiła mu pożyczki wewnętrznej, z takim triumfem wielokrotnie pokrytej. A gdy już wielkie oszustwo zostało spełnione i zachodziła obawa, że oszukanym otworzą się oczy, zainscenizowano „obalenie” rządu, aby ocalić jego oblicze lewicowe i rzucić nowe odium na francuskie koła narodowe. Po czym przestawiono coś niecoś dekorację i stara spółka z rue Cadet rządzi dalej jak rządziła.

Francja to oczywiście zniesie, bo jej bogactwa, naprawdę wielkie, nie powstały z jednorazowej spekulacji. Tworzył je i Filip Piękny i Ludwik XI i Richelieu i Colbert. Francja nie jest obiektem kolonialnego wyzysku i sporo jeszcze czasu upłynie, zanim jej głód zajrzy w oczy. Ale czy zniósłby tego rodzaju eksperymenty wyczerpany organizm Polski? Czy my, państwo biedne, którego bogactwa roztrwoniono na przestrzeni wieków od XVI do XX możemy pozwolić na żerowanie między nami agentur międzynarodowego kapitału, który oplatał nas jak pająk muchę? Agentur, głoszących z cynicznym tupetem, iż one właśnie są reprezentantami polskiego radykalizmu?

*

Interpelacja posła Dudzińskiego wywołała w Polsce duże wrażenie. Obrońcy masonerii milczeli. Milczenie zaczęło się przedłużać. Nagle wybuchł konflikt z metropolitą Sapiehą. Wśród wrzawy jaka powstała, skandal z konferencją w dyrekcji lasów państwowych, zginął niczym odgłos strzału rewolwerowego w hałasie samochodowego motoru. A wówczas wybuchnął na łamach „Dziennika Ludowego” artykuł pochwalny o „braciach masońskich”, w którym między licznymi ich zasługami wymieniono „lojalność względem swej ojczyzny”.

My, którzy lojalności wobec ojczyzny nie uważamy za zasługę lecz za najprymitywniejszy obowiązek, mamy prawo zapytać, co łączy organ „robotniczy” z sektą, której główne ognisko mieściło się czas długi w dyrekcji wielkich zakładów metalurgicznych i jakiego gatunku są kontakty obrońców proletariatu z takim choćby „bratem” Gliwicem?

W czym tkwi tajemnica? W tym, że jeśli od robotnika do loży masońskiej dystans jest bardzo daleki, to dystans odwrotny: od loży do robotnika jest dużo bliższy. Robotnika nic nie obchodzi loża, ale lożę obchodzi robotnik. Aby uzależnić tę masę, która mogłaby stać się groźną, trzeba związać z sobą dyskretnie leaderów. Obłaskawieni — nie będą już groźni. Niech sobie rzucają gromy na ustrój kapitalistyczny. W razie konieczności można im oddać na łup krnąbrnych wobec sekty członków klasy burżuazyjnej. Ostatecznie poświęci się im fabryki. Ale za tę cenę uzyska się swobodę operacyj giełdowo–spekulacyjnych, utrzyma potęgę wielkich banków, które kwitną na żyznej glebie rządów socjalistycznych. Bo też np. w Szwecji dyrektor banku i działacz socjalistyczny z reguły korespondują z sobą per: „drogi bracie”…

Tą samą drogą uzależnia się ruch chłopski. Cóż może łączyć polskiego chłopa, wyrosłego z polskiej ziemi i w nią wrośniętego duszą całą z sektą, przeszczepioną do nas z zagranicy, czczącą tradycję świątyni Salomona, chlubiącą się postaciami Fryderyka Wielkiego i Katarzyny, oraz Augusta Sasa! A jednak poprzez hasła rewolucji francuskiej usiłuje się związać z sobą i uzależnić wpływowych działaczy ludowych. Niektórych już trzymają mocno — poprzez „Epokę” i „Dziennik Poranny”. Za ich pośrednictwem będzie się sączyło w dusze chłopskie pogląd, że wrogiem chłopa jest ksiądz, a naturalnym sojusznikiem — Żyd, będzie się świadomie plątało równouprawnienie wszystkich warstw w Polsce z równouprawnieniem Żydów, a naród sprowadzało do mechanicznej sumy obywateli.

Gdziekolwiek się obrócić — wszędzie widać tą krecią robotę ludzi działających w ciemności. Mówi się, iż wolnomularzy jest w Polsce mało! Przede wszystkim cyfry, podawane przez kalendarze masońskie są z reguły równie fałszywe jak wszystkie inne dane. Po drugie — wystarczy zespół niewielki, ale rozlokowany w centrach nerwowych społeczeństwa, aby wywierać wpływ nieproporcjonalnie duży.

Żaden kraj nie może tolerować spokojnie uzależniania swych obywateli od zagranicy, uzależnianie w sposób tajny, wymykający się spod kontroli. Najmniej zaś możemy sobie pozwolić my, którzy jesteśmy jak oblężona reduta! W tragicznej walce o niezależność duchową, polityczną, gospodarczą, musimy być jak rocher de bronze [skała z brązu], jeśli nie chcemy, by nas miażdżyły wielkie bloki totalnych sąsiadów. Dla tego uniemożliwić trzeba, wypalić żelazem wszelkie działanie obcych, wrogich agentur.

Jeżeli za potajemną służbę ościennym państwom stosuje się surowe sankcje, szczególnie wobec ludzi, mających dostęp do tajemnic państwowych, to nic nie przeszkadza te same sankcje stosować wobec wolnomularzy. Każdy członek loży masońskiej to szpieg in potentia [potencjalny], bo zaprzysiężony nieznanym przełożonym spoza granic kraju. Dlatego ruch przeciwmasoński, który trafił nareszcie i do izb ustawodawczych nie powinien ograniczyć się do interpelacji. Powinna być wprowadzona w życie ustawa przeciwmasońska, która by wychodząc z założeń wyjątkowej sytuacji naszego kraju przewidziała:

1. rozwiązanie wszystkich lóż masońskich i zakaz należenia do masonerii pod rygorami karnymi,

2. przysięgę antymasońską wymaganą od wszystkich ludzi na stanowiskach publicznych,

3. banicję z kraju za odmowę złożenia przysięgi,

4. karę dożywotniego więzienia za stwierdzoną przynależność do sekty mimo złożenia przysięgi.

Oczywiście samo wydanie ustawy nie wystarczy. Ustawa musi być stosowana i to stosowana bezwzględnie. Nie jest to takie łatwe jak się zdaje. Wielu ludzi „trąci” masonerią, lecz dowieść im udziału w sekcie nie sposób. Może są dobrze zakonspirowani, a może naprawdę tylko „masonizują”, będąc pod umysłowym wpływem wolnomularstwa? Przysięgę złożą, ale pamiętać należy, że członek sekty obowiązany jest do krzywoprzysięstwa, jeśli szczerość grozi dekonspiracją. A może to być tęgi fachowiec, skądinąd pożyteczny dla kraju, co wówczas robić?

Odpowiedź jest tylko jedna: trudno. Ludzie podejrzani poważnie o wolnomularskość muszą być odsunięci od aparatu państwowego. Przysięga przysięgą, ale muszą przejść dobrych kilka lat politycznej kwarantanny. Gdy podejrzenia zelżeją można ich używać jako specjalistów, pracujących pod nadzorem politycznym. Położenie Polski, kraju katolickiego między dwoma taranami pogaństwa, kraju opanowanego przez Żydów gospodarczo a zagrożonego politycznie i kulturalnie jest zbyt ciężkie, aby można się było cofać w obawie popełnienia błędu. Omyłki być mogą, owszem. Omyłki zdarzają się w czasie wojny przy karaniu szpiegów, ale żadne państwo wojujące nie może w obawie omyłki złagodzić kar za szpiegostwo.

Masoneria polska zaczyna przeczuwać swój los. Stąd jej gorączkowa ruchliwość, stąd powstawanie wciąż nowych pism, stąd próby „frontów” demokratycznych, gromkie wezwania do walki z „faszyzmem”. „Deszcz pada na świątynię”! Niech pada! Niech lunie nawałnicą kary, niech zaświeci blaskiem piorunu, hukiem gromu! Niech rozświetli czarne mroki konspiracji i spopieli templum „Salomona”, bluźniące Bogu i Polsce!

Jan Mosdorf

Wiarą i czynem PRO CHRISTO nr 10, 1937 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *